Wyszukiwarka

Przez 3 dni piłem tylko soki. Przeżyłem.

Dokładnie tak. Byłem na soczkowym „detoksie” i wyszedłem z niego cało.

Cofnijmy się w czasie, do początków tego roku. Byłem w Sorrirze, jadłem bezcukrowo-bezglutenowe ciasto czekoladowe pełne smaku i dostałem proste pytanie na twarz:

– Nie chciałbyś podjąć się wyzwania picia wyłącznie soków przez 3 dni? – zostałem zapytany.

– W sensie, tylko soki i nic więcej?

– Tak.

– Żadnych burgerów i żadnego bekonu?

– Żadnego.

– Co mi tam, niech będzie.

Zgodziłem się. 3 dni na samych sokach nie brzmiało wcale tak źle. Przecież rok temu nie jadłem przez miesiąc mięsa i nie było aż tak strasznie. A czym są 3 dni wobec 30?

Zaczęło się od konsultacji z dietetykiem. Tym dietetykiem była Dorota Traczyk z bloga Dieta Sportowca, która rzeczywiście zna się na tym temacie i ma nawet na to tzw. „papier potwierdzający”, czyli magistra. Padały pytania o to, jaki mam tryb życia (dużo chodzę: od knajpy do knajpy), ile jem posiłków dziennie (pięć, często dużych) i jaki pokarm spożywam (w domu, wbrew pozorom, często w miarę zdrowy, ale na mieście tracę kontrolę). Ustaliliśmy, że 2000 kalorii mi się należy jak psu buda, o ile moja aktywność fizyczna nie będzie przekraczać trzech standardowych spacerów z Azorem dziennie.

Dorota powiedziała też jedną ważną rzecz:

– To nie jest tak, że jednego dnia wpieprzasz na śniadanie bekon i na obiad wielką tłustą pizzę, a następnego dnia przechodzisz na soczki.

– Nie?

– Lepiej nie. Możesz, ale prawdopodobnie będziesz żałował.

– Jak?

– Znad kibla.

Mówiąc wprost, nasz organizm nie ma żadnego przełącznika. Jeśli jednego dnia trawi produkty mocno przetworzone, to drugiego ciężej mu będzie zająć się prostym sokiem z owoców i warzyw. W Sorrirze zalecają na dwa dni przed i na dwa dni po kuracji przejść na lżejsze posiłki i stopniowo rezygnować z poszczególnych produktów (lub później stopniowo dokładać kolejne). Jakich dokładnie? Tego dowiadujemy się z prezentacji przesłanej mailowo parę dni przed rozpoczęciem „detoksu”. Swoją drogą, prezentacje w PDF-ie otrzymujemy każdego dnia. Wyciągamy z nich cenne informacje: co takiego i w jakiej kolejności pijemy – bardzo fajne rozwiązanie.

Oczywiście zastosowałem się do tych zaleceń. No dobra, przyznaję się, dwa dni przed pierwszym soczkiem zjadłem półtorej pizzy, ale poza tym trzymałem się wszystkich rad. W najbliższej przyszłości Sorrir planuje uruchomić usługę „detox premium”, w której przed i po „kuracji” będzie dostarczać zdrowe jedzenie. Coś dla leniuchów albo dla tych, którzy nie mają czasu przygotować sobie czegoś bardziej fit.

W końcu przyszedł Ten Dzień, W Którym Zacząłem Kurację. Poprzedził go jednak Wieczór, W Którym Dostarczono Mi Soczki. Było po 19, a do moich drzwi zadzwonił pracownik Sorriru z siatką pełną soków na jutro. Taka usługa kosztuje 15 PLN za dzień. Za zestaw 6 soków płacimy 80 PLN, czyli razem daje to 95 PLN za 1 dzień „kuracji”. Mnożymy razy trzy i mamy 285 PLN za 3-dniowy „detoks”. Czy to dużo, czy mało – to już zostawiam Wam do oceny. Podpowiem tylko, że ceny kształtują się mniej więcej jak u konkurencji – w stosunku do jednych firm obecnych na poznańskim rynku podobnie, do innych trochę taniej. No i zawsze możemy odbierać soki samemu z Sorriru – wtedy zapłacimy mniej.

Dość kosztorysów, wróćmy do mojej historii. Zastanawiając się, jak to będzie, schowałem wszystkie soczki do lodówki:

– „Czy przypadkiem nie zemdleję?”

– „W sumie byłoby fajnie. Nigdy nie mdlałem, nie wiem jak to jest.”

– „A co jeśli będę wściekle głodny? Rzucę się na soki i wypiję wszystkie 6 na raz?”

Na całe szczęście, moje obawy były kompletnie nieuzasadnione. Żeby się ze wszystkim wyrobić, soki pije się co 2-2,5 godziny, czyli na tyle często, że trudno w tym czasie mocno zgłodnieć. Wprawdzie po wypiciu jednej takiej buteleczki nie czujemy nasycenia, ale nie jest to też świdrujący ścisk w żołądku. Najbardziej pusty żołądek doskwierał mi przed snem i na drugi dzień rano, lecz z drugiej strony przez te kilkanaście godzin zdążyłem się przyzwyczaić, że mój bęben nie jest pełny.

Wszystkie soki – cała osiemnastka wypita przeze mnie w każdy z trzech dni – smakowały doskonale. Trzeba to głośno powiedzieć: Sorrir wie, jak łączyć owoce z warzywami. Dominowały słodkie i kwaśne smaki, choć momentami pojawiały się bardziej gorzkawo-ziemiste akcenty, które nie brzmią może najlepiej, ale były intrygującym urozmaiceniem.

Smak to zresztą jeden z największych atutów na tle konkurencji – ze względu na wykorzystanie wielu egzotycznych składników jest on zwyczajnie ciekawszy. W sokach pojawiają się takie owoce jak lulo, marakuja, graviola, moringa czy camu camu. Co więcej, nie występują one w śladowych ilościach, tylko wyraźnie czuć je w smaku. Mówiąc inaczej, u konkurencji pełno jest soków, które bez problemu możemy przygotować u siebie w domu (o ile mamy odpowiedni sprzęt), Sorrir oferuje coś ponadto w podobnej cenie. Serio, jeśli nawet nie interesuje Was 3-dniowe życie „o soku i soku”, a chcielibyście po prostu napić się czegoś ciekawego, to zwyczajnie odwiedźcie Sorrir – ze smaku będziecie zadowoleni, gwarantuję.

Na całe szczęście nie sprawdziły się moje obawy o ciągłym lataniu do toalety. No dobra, tak połowicznie. Bo o ile średnia dzienna długość „przesiadywania na tronie” nie zwiększyła się choćby o sekundę, to sikałem zdecydowanie częściej. Same soki mocno odwadniają, więc w czasie „kuracji” zaleca się pić duże ilości wody. Miejcie to na uwadze.

Z wodą wiąże się też jeden z efektów ubocznych kuracji: spadek wagi. Tak, dobrze widzicie – jest to efekt UBOCZNY, bo wiąże się z czasowym zmniejszeniem poziomu wody w organizmie oraz wydaleniem tego, co zalega w przewodzie pokarmowym (mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu: gdy taki człowiek jak ja, je „normalnie”, to nie zdąży wszystkiego przetrawić i zawsze „ma coś na jelitach”). Co więcej, był to spadek zauważalny nie tylko w kwestii cyferek, ale wizualnie – tak jak zawsze miałem opiętą jedną z koszul na brzuchu, tak później między nią a moim bebzolem było całkiem sporo przestrzeni. Po tygodniu wszystko wróciło jednak do „normy”.

A efekty „nie-uboczne”? Trudno powiedzieć. Czy czułem się w czasie „kuracji” dobrze? Tak. Czy czułem się dobrze również po jej zakończeniu? Tak. Czy świadczy to o czymś konkretnym? Nie.

Nie będę owijać w bawełnę: nie ma naukowych dowodów na to, że soczkowe „detoksy” poprawiają jakość naszego życia. Że nasz organizm ich potrzebuje, jak wiele „soczkowni” w swoich reklamach stara się nam wmówić. Albo że jakieś wprost nie nazwane toksyny zalegają w naszym ciele i tylko chlorella do spółki z młodym jęczmieniem potrafią je z niego usunąć. To jak z dietą bezglutenową albo zakwaszaniem organizmu. Opiera się raczej na wierze.

Ja to potraktowałem jako wyzwanie i temu wyzwaniu sprostałem. Co więcej, nie było to nawet zbyt trudne. Ba, przez cały czas towarzyszyło mi dobre samopoczucie i wuchta pysznych smaków.

Po co więc stosować taką „kurację”? Pierwsze, co przychodzi mi na myśl to chęć krótkotrwałej utraty wagi – niektórym osobom może być to potrzebne w pracy lub życiu prywatnym przed jakimś ważnym wydarzeniem. Oczywiście do odchudzania lepiej podchodzić z głową i w bardziej naturalny sposób – kilogram po kilogramie z tygodnia na tydzień. Soczki to taka ostatnia deska ratunku, z której nie polecam korzystać zbyt często.

Druga opcja – myślę, że bardziej logiczna – to włączenie takiego „detoksu” do procesu zmiany nawyków żywieniowych. Wydaję mi się, że po takich trzech dniach byłoby mi o wiele łatwiej przejść na zdrowszą dietę (tyle że ja po zakończeniu „kuracji” wypiłem morze whisky i zjadłem trochę za dużo czipsów). Wiecie, samo to, że zaczynamy regularnie spożywać posiłki, może dać dużo, a po trzech dniach picia soków o z góry ustalonych porach miałem ochotę jeść co 2,5 godziny, więc wydaję mi się, że ma to sens.

W tym miejscu trzeba jeszcze zaznaczyć jedną rzecz. W ofercie Sorriru są 4 opcje „detoksu”: poza oczyszczającym, jest jeszcze sportowy (dużo kalorii, dla osób aktywnych fizycznie), wzmacniający (dużo witaminy C – taki Rutinoscorbin, tyle że naturalny i ponoć działa) oraz energetyczny (wzmożony wysiłek fizyczny i umysłowy). Każda z wersji „kuracji” różni się tym, z jakich składników przygotowywane są soki, ale nie różni się ceną. Próbowałem opcji numer jeden (oczyszczenie) przed dwa dni i numer dwa (sportowa) przez jeden dzień – w Sorrirze chcieli, abym spróbował więcej smaków.

Czyli polecam czy odradzam? Ani to, ani to. Macie moje wrażenia i spostrzeżenia – sami zdecydujcie, czy tego potrzebujcie. Dodam jeszcze, że cała „kuracja” jest na maksa profesjonalnie przygotowana, co przejawia się we współpracy z uznanym dietetykiem, dopasowywaniem soków pod alergię i preferencje smakowe każdego klienta czy – co chyba najważniejsze – stosowaniu dobrych jakościowo produktów, których w dodatku nie dostanie się w pierwszym lepszym markecie. Smakowo było to mistrzostwo świata.

Tyle ode mnie. Zastanówcie się sami.

Sorrir

Ratajczaka 18D, Poznań (Pasaż Apollo)

fanpage | www

tel.: 696 561 947

 

Artykuł powstał we współpracy z marką Sorrir.

  • Hania Szymczak

    Fajnie, że próbujesz takich rzeczy i dzielisz się spostrzeżeniami 🙂

  • Meh, do sprobowania jak najbardziej, ale ja z kibla bym nie wychodzila po tych sokach, bo i tak co chwila latam po wodzie 😡
    Ale odpowiedz pani dietetyk miodzio, propsuje 😀

  • Maciej, przez Twoje wpisy chyba już nigdy nie załapię się na wolny stolik w Sorrirze! Ile razy tam zaglądam – full obłożenie. Pani Ania chyba powinna zmienić lokal na większy 😉

  • Kasia Kowalewska

    „(…) rzeczywiście zna się na tym temacie i ma nawet na to tzw. „papier potwierdzający”, czyli magistra” – od kiedy to magisterium świadczy o „rzeczywiście znaniu się”? W ten sposób mamy cały kraj zalany ekspertami…

    • Wiesz, nieprzypadkowo „papier potwierdzający” jest w cudzysłowie. 🙂 To po pierwsze.

      Po drugie, jeśli posiadanie „papieru potwierdzającego” byłoby dowodem na „rzeczywistym znaniu się”, to zdanie brzmiałoby tak: „(…) rzeczywiście zna się na tym temacie, BO ma nawet na to tzw. „papier potwierdzający”, czyli magistra.”, a nie tak, jak zacytowałaś. 😉

      Po trzecie, myślę, że najlepszym potwierdzeniem tego „rzeczywistego znania się” jest podlinkowany we wpisie blog, a właściwie jego zawartość. 😉

  • Taki detoks z Sorriru to by było coś 😀 Szkoda, że u nas nie ma podobnej oferty soczkowej jeszcze 🙁

  • Kupiłabym soczek dla smaku, ale wydawać połowę miesięcznego hajsu na coś, co tak naprawdę w niczym nie pomaga… Szanuję, że wspomniałeś o tym, że pod względem naukowym nie jest udowodnione, żeby takie detoksy coś oczyszczały czy pomagały. Niestety, widzę ilu ludzi się nabiera i pieje o tym, jak to soczki uratują nasze zdrowie i wyleczą raka -.- Ale dla smaku to bym spróbowała, egzotyczne owoce są mega, szczególnie jak nie musisz sam kminić, jak je obrać…

    • Moim pierwszym założeniem, gdy pisałem tego posta, było: Maciej, nie ściemniaj. Więc nie ściemniałem. 🙂

      • Natalia Chruścicka

        Uspokoiłoby mnie gdybyś powiedział, że masz takie założenie przy każdym poście, który tutaj publikujesz. 😛

  • Na razie takiej kuracji sobie nie zafunduje, ale na soczek chętnie wpadnę 😉

    P.S. Pomysł ciekawy, więc może kiedyś się skusze 😛

  • Ja przygotowuję soczki sama, zazwyczaj jest to mieszanka pomarańczy i grejpfruta do śniadania 🙂 Jest z tym trochę roboty, jednak szklaneczka świeżowyciskanego soku z rana do śniadania – mmm 🙂