Wyszukiwarka

KNAJPY ZNISZCZYŁY MI ŻYCIE #7: Mój pierwszy raz

Kiedy to wszystko się zaczęło? Kiedy knajpy zniszczyły mi życie po raz pierwszy?

Cóż… Cofnijmy się o kilka – no dobra, dwadzieścia parę – lat. Do czasów tak odległych, że do chińskich restauracji ciągali mnie rodzice, a nie ja ich i kiedy – o zgrozo! – nie chciałem w nich nic jeść. Jak tak dziś na mnie popatrzycie, to brzmi to trochę niewiarygodnie, ale to prawda z gatunku tych najprawdziwszych.

W latach 90. w moim rodzinnym Gorzowie było znacznie więcej „chińczyków” niż obecnie, a przynajmniej tak to zapamiętałem. Dobrze wiecie, że w wieku 4 lat wszystko wydaje się większe i bardziej urozmaicone.

Mam jednak pewność co do tego, że obecnie w Gorzowie są tylko tanie chińsko-wietnamskie bary, a wtedy działała także naprawdę elegancka chińska restauracja (przynajmniej jak na ówczesne standardy), do której przychodziło się na specjalne okazje. Nazywała się wprawdzie dość stereotypowo, bo Shaolin, ale kiedy podrosłem, to bardzo ubolewałem nad faktem, że splajtowała, a w jej miejsce powstała bodaj klinika specjalizująca się w zwalczaniu chrapania.

Pierwszej mojej wizyty nie można nazwać jednak udaną. Pamiętam ją jak przez mgłę – bo wiecie, miałem jakieś 4 lata – ale jako anegdotka przywoływana jest przez moich rodziców tak często, że czasem wręcz odnoszę wrażenie, jakby wydarzyła się wczoraj.

Choć historia przedstawia się prosto, to równocześnie trudno w nią uwierzyć: bardziej niż jedzenie interesowało mnie wtedy stojące w restauracji duże akwarium (lub po prostu większe ode mnie) z dużymi rybami (lub po prostu większymi od mojej głowy). Rodzice oczywiście próbowali mnie przekonać do czegoś z obszernej karty, ale pewnie dopiero po jakichś stu daniach udało im się nakłonić mnie do banana w cieście. Co ważne dla dalszego rozwoju wypadków, banan w cieście to deser.

Wszystko spieprzyło się przy składaniu zamówienia. Wprawdzie nie chciałem jeść konkretów, to byłem głodny (lub po prostu łakomy) i moi rodzice poprosili kelnerkę o podanie banana w cieście na początku, razem z zupami. Inaczej byłby albo płacz, albo bieganie po knajpie. Albo krzyk, albo uporczywe „mamo, nudzi mi się” lub „tato, jestem głodny”.

Problem w tym, że obsługiwała nas Chinka, która na każde nasze pytanie odpowiadała „tak, tak, tak” z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób:

– A ta zupa to z wontonami?

– Tak, tak, tak.

– A ten kurczak w sosie słodko-ostrym to nie jest bardzo pikantny?

– Tak, tak, tak.

– Lubisz masło?

– Tak, tak, tak.

– Czy możemy prosić o podanie deseru, tego banana w cieście, w pierwszej kolejności?

– Tak, tak tak.

Mówiąc w skrócie, kelnerka nie rozumiała kompletnie, co się do niej mówi i zbierała zamówienia albo patrząc po numerkach w karcie, albo rozpoznając słowa-klucze.

Gorzej, że moi rodzice nie od razu to załapali. Zupy pojawiły się przy stole, a ja mogłem co najwyżej popatrzeć, jak inni jedzą. Zdajecie sobie sprawę, że raczej nie byłem z tego powodu zadowolony i dałem to dość głośno do zrozumienia? Wtedy moi rodzice załapali.

I zaczęli mnożyć pytania. Co się stało? Dlaczego nie podano deseru? I czemu wilk tak wyje w księżycową noc? Uzyskiwali wciąż tę samą odpowiedź – „tak, tak, tak” – wypowiedzianą oczywiście z szerokim uśmiechem na twarzy.

W tym momencie historia zaczyna być różnie opowiadana. Czasem rodzice pozostają przy brnięciu dalej w spokojne zadawanie pytań i spokojne przyjmowanie zawsze tej samej odpowiedzi. Kiedy indziej pojawia się próba porozumienia w języku angielskim, niemieckim lub rosyjskim, choć sam to sobie wyobrażam jak stereotypową rozmowę Polaków z obcokrajowcem: mówić po polsku, ale za to bardzo głośno, powoli i wyraźnie. Oczywiście w grę wchodzą też wszelkiej maści kalambury, ale zastanówcie się sami, czy łatwo jest pokazać „deser, banan w cieście, teraz, a nie na koniec” osobie z innego kręgu kulturowego.

Tym sposobem kiedy cała rodzina zjadła, co miała zjeść, kelnerka z szerokim uśmiechem na twarzy, nie mówiąc nic innego tylko „tak, tak, tak”, przyniosła mi banana w cieście. Nie pamiętam jak smakował, ale pewnie po takim czasie oczekiwania albo wyśmienicie, albo wcale.

W każdym razie to był właśnie pierwszy raz, kiedy knajpy zniszczyły mi życie. Niestety nie ostatni.