Wyszukiwarka

KNAJPY ZNISZCZYŁY MI ŻYCIE #3: Historia Wielkiego Obżarstwa w Berlinie

To nie był zwykły dzień. To kilkanaście godzin największego obżarstwa w moim życiu. Boże Narodzenie przy tym wymięka.

Plan był prosty: jedziemy do Berlina jeść. A w zasadzie żreć. Nie patrzeć na Bramę Brandenburską, nie zwiedzać liczne muzea, nawet nie kupować ciuchy w Primarku. Jeść i żreć – taki był nasz cel.

I chyba najdziwniejsze w tej historii jest to, że wcale nie ja wpadłem na ten pomysł. Od samego początku była to inicjatywa ekipy Fast Food Tour, która parę miesięcy wcześniej wybrała się na podobnego tripa do Warszawy. Też po to, by jeść i żreć.

Bo chyba zdajecie sobie doskonale sprawę, że choć Poznań jest obfity kulinarnie i wciąż się rozwija, to nie bardzo może się równać ze stolicą Polski czy Niemiec? Tym bardziej przed paroma laty, bo wtedy miała miejsce ta gastro wycieczka.

Z pętli na Górczynie ruszyliśmy małym busikiem – ja, Chłop z Mazur, który swego czasu pisał sporo na tym blogu, oraz kilkuosobowa ekipa Fast Food Tour. Była szósta, może siódma rano i wszyscy – naturalnie poza kierowcą – zaczęli od wypicia jednego piwa. Tak na pobudzenie apetytu.

Na miejscu zaczęliśmy z grubej rury, od najsłynniejszego i najlepszego kebaba w Berlinie (a jeśli w Berlinie, to najprawdopodobniej także na świecie). Wycwaniliśmy się i zjedliśmy go na śniadanie – było po 10, chwilę po otwarciu, dzięki czemu zamiast stać dwie godziny w kolejce, spędziliśmy w niej tylko 30 minut. Kebab smakował serio zajebiście, ale czy zmarnowałbym ponownie kilka godzin swojego życia, by móc go wszamać? Raczej nie.

Rysunek poglądowy.

Po pierwszym śniadaniu był czas na drugie. Od razu. Kilkadziesiąt metrów dalej. Swojski curry wurst – mała porcja, ale po pochłonięciu jej i kebaba kilkanaście minut wcześniej żołądek miałem pełny. Byłem chętny na godzinkę-dwie odpoczynku. Nie dostałem jej. To był przecież dopiero początek.

Rysunek poglądowy nr 2.

Ruszyliśmy dalej w miasto. Trzeba było jeść i żreć. Berlin oferuje tyle smaków z całego świata, więc czemu mielibyśmy z nich nie skorzystać?

Zjedliśmy jeszcze tak wiele, że nie pamiętam już, co było pierwsze: burger czy pizza? Czas zrobił swoje i chronologia Wielkiego Obżarstwa w Berlinie kompletnie mi się pomerdała.

W każdym razie musicie wiedzieć jedno: nie oszczędzaliśmy swoich żołądków ani przez chwilę. Po kebabie i kiełbie wchłonęliśmy jeszcze naprawdę sporo. Był burger, który w sumie nie zrobił na nas większego wrażenia: ot, bardzo dobra buła z wołowiną, ale żadne tam ochy i achy. Była pizza, ale nie taka zwyczajna, tylko KANADYJSKA. I jej KANADYJSKOŚĆ polegała na tym, że było to mimo wszystko zwyczajna pizza, tyle że przygotowywał ją KANADYJCZYK i jeśli ktoś chciał, to mógł polać swój kawałek KANADYJSKIM syropem klonowym. Brzmi dziwnie i absurdalnie, ale spróbowałem i od tego czasu brakuje mi tego smaku w moim życiu.

Rysunek poglądowy nr 3.

Były też lody, ale nie jakieś tam zwykłe lody, a NATURALNO-TRADYCYJNO-PRAWDZIWE. I to w czasach, gdy Wytwórnia Lodów Tradycyjnych w Poznaniu dopiero raczkowała i pojawiały się przed nią pierwsze, nieśmiałe kolejki. Minęło parę lat i do dziś nie znalazłem w Polsce lodziarni, która poza tym, że oferuje WYŚMIENITE lody, to serwuje do nich również różne „bajery”: posypki, polewy itd. – w Vanille & Marille w Berlinie był to standard. Ciekawe, kiedy ktoś na to wpadnie u nas…

Na „deser” tex-mex, przy którym spore grono osób wymiękło. Nic dziwnego, od zjedzenia kebsa minęło max 5 godzin, a po drodze był przecież wurst, burger, pizza i lody. Mnie nawet przez myśl nie przemknęło poddanie się i z uśmiechem na twarzy i zapełnionym po brzegi żołądkiem zamówiłem quesadillę. Była bardzo smaczna, a że uwielbiam quesadillę, to nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem.

I to był koniec Wielkiego Obżarstwa. Wróciliśmy do Polski, a ja wysiadłem na granicy, by czmychnąć do swojego rodzinnego Gorzowa.

Następny posiłek spożyłem dopiero po 24 godzinach. Dziś się dziwię, że nie przeciągnąłem tej swojej „głodówki” tak na 3 doby. I to jest pierwszy wniosek.

Jeśli chodzi o drugi, to po latach trochę żałuję, że na naszej liście zabrakło knajp lub street foodu z kuchnią azjatycką. Tyle że wtedy najpewniej odwiedzilibyśmy nie sześć, a dwanaście miejsc. Nawet jeśli spędzilibyśmy w Berlinie więcej czasu, to na pewno nie pomieścilibyśmy wszystkiego. Istnieje ryzyko, że ktoś by po prostu pękł. I wtedy byłby tzw. przypał.

Trzeci wniosek jest prosty jak budowa cepa: po Wielkim Obżarstwie zawsze przychodzi Wielkie Coś Innego. Mając szczęście, nie złapie Was ono w nocy, tylko dopiero na drugi dzień.

Jeśli więc macie trochę rozumu, nie wzorujcie się na mnie. Chcecie utonąć w bogactwie smaków Berlina? Przyjedźcie do tego miasta na tydzień. Istnieje wtedy szansa, że poza burgerem, najlepszym kebabem na świecie i KANADYJSKĄ pizzą zobaczycie też coś ciekawego, z trochę innej bajki. Choćby tę Bramę Brandenburską.

U mnie apetyt, a w zasadzie łapczywość wygrała wtedy po raz ostatni. Przynajmniej na taką skalę.

PS Gdzie warto zjeść w Berlinie? Odsyłam do tego artykułu.

 

  • Jachuu

    Obżarstwo w berlinie jeszcze nie jest takim złym pomysłem jak wycieczka na piwa craftowe do Londynu na jeden dzień 😉 Odwiedzaliśmy tylko kilka multitapów, żeby jednak zobaczyć coś z miasta (i jeszcze pamietać później) a i tak o włos byśmy się spóźnili na samolot… Wniosek – niezależnie czy obżarstwo czy próbowanie topu światowego craftu, lepiej się przespać na miejscu 😉

  • desf

    Ten kebab to chyba bardziej jedzie na opinii niż na tym że rzeczywiście jest najlepszy. Fakt, jest niezły, ale w samym Berlinie można znaleźć przynajmniej kilka kebabów które są równie dobre i można je kupić po 5 minutach czekania nie 2h czy 30min :p

    Szkoda tylko że warszawskie kebaby są daleko w tyle za berlińskimi, a to trochę za daleko żeby jeździć na obiad :p

  • Adam Chełkowski

    Ja tylko napomknę, że po odstawieniu Cię na granicy, wjechaliśmy jeszcze do Maka. Miało być tylko na shake’a, a niektórzy wyszli z zestawem powiekszonym 🙂

  • Mustafa niezły, ale bez szału. Baba lepszy zdecydowanie.

  • Po pierwsze – zakładam sobie blokadę rodzicielską na tego bloga, która uniemożliwi mi wchodzenie na niego w nocy.
    Po drugie – wzoruję się na Tobie przy każdym zlocie foodtrucków, nawet jeśli trwał trzy dni, to byłam za leniwa, żeby iść na chociaż dwa (weekend, do cholery! można spać!), więc wszystko co chciałam zjeść, mieściłam w jeden dzień 😀

  • Rosenblaetter

    Mustafa imponuje mi tym, że od lat nie stracił na jakości i faktycznie nie znam osoby, której by nie smakował bardziej lub mniej. Kolejki dwugodzinnej akurat jak żyję tam nie widziałam, standard to 30-45 minut (generalnie od drzewa wychodziło mi prawie zawsze pół godziny :P).
    Vaille Marille to chyba rzeczywiście najlepsza lodziarnia jaką w życiu odwiedziłam – z resztą pierwszy raz zajrzałam do nich gdy nie miałam pojęcia o ich renomie. I jeszcze jedna marokańska knajpa z tortillą z sosem z orzechów arachidowych, której nie mogę do dziś odnaleźć… Knajpy, nie tortilli. Kreuzberg rządzi 🙂

  • Mateusz Chlebowski

    Co do kebaba, jak już parę osób wspomniało, Mustafa jest okej Ale jest wiele tak samo dobrych lub nawet lepszych a nie trzeba się tyle nastać. Choćby sieć Ye-Mc w której mięso skrawane jest przez bezobsługową automatyczną maszyną w porcjach co do grama (ciekawy gadżet). Jednak moim absolutnym faworytem jest Toleranz Imbiss na Spandau -mega zadupie- (Schönwalder Str. 92, 13585 Berlin). Również dodają grillowane warzywa (które tak naprawdę są tak jak i i Mustafy smażone), ale można wybrać opcję z baranina a nie drobiem. Gwarantuję, że jest o niebo lepiej!

  • Jan Hylla

    Do dziś żałuję, że nie pojechałem z wami