Wyszukiwarka

Jak to jest być dostawcą jedzenia?

kurier (48)v2

O plusach i minusach pracy jako osoba, która przywozi Ci żarcie pod drzwi.

Wpis powstał we współpracy z firmą Papukurier.

Może to zabrzmi dziwnie, ale zawsze intrygowała mnie praca dostawcy pizzy. Czy rozwozi ją dlatego, że lubi i mu się to podoba, czy raczej z przymusu, bo nie może znaleźć innej pracy? Czy często dostaje napiwki i czy go to nie nudzi? A może wręcz przeciwnie, w pracy codziennie spotyka go nowe wyzwanie? Wiedziałem, że taka robota nie jest raczej dla mnie, ale po prostu chciałem wiedzieć JAK TO JEST.

No i przekonałem się. Na własnej skórze.

Firma Papukurier zaproponowała mi, żebym na 1 dzień stał się ich kurierem, który odbierze od knajpy jedzenie i zawiezie ją do wygłodniałego klienta. Zgodziłem się, by mieć co wpisać w CV, gdy blogi już przestaną być modne. No i byłem głodny. Głodny wiedzy i doświadczenia.

[column size=1/3]kurier (6)[/column][column size=1/3]kurier (9)[/column][column size=1/3]kurier (10)[/column]

Papukurier to taka firma outsourcingowa, która zabiera knajpom ciężar przeprowadzania dostaw. Dzięki temu dany lokal może skupić się na tym, co dzieje się w kuchni, a dowóz jedzenia zostawić profesjonalistom. Podejrzewam, że jest to dla restauracji korzystne finansowo, bo przecież nie trzeba zatrudniać dodatkowo kierowców – nie znam wyliczeń, więc są to tylko moje przypuszczenia. Niech wystarczy zatem to, że dla knajpy jest to po prostu jedno zmartwienie mniej.

W praktyce wygląda to tak, że kurier otrzymuje w aplikacji powiadomienie, że lokal taki i taki otrzymał zamówienie na ten i ten adres, „przyjedź o tej i o tej, by odebrać zamówienie”. To jest chyba podstawowa różnica między kurierem w takiej firmie jak Papukurier a zwykłym dostawcą pizzy, który pracuje dla jednej pizzerii – nie rozwozisz ciągle tej samej hawajskiej na jednym osiedlu, a śmigasz po całym mieście, doręczając dania każdego rodzaju, porcje większe i mniejsze, z każdej popularniejszej kuchni świata. Czyli wciąż dzieje się coś nowego.

"Że niby mam na rowerze jechać? Sport uprawiać?"
„Że niby mam na rowerze jechać? Sport uprawiać?”
kurier (35)
„Lepiej w samochodzie, człowiek sobie usiądzie i się nie przemęcza.”

A czasem zdarza się tak, że realizujesz na raz więcej niż jedno zamówienie. Robi się wtedy taka mała łamigłówka, co odebrać i zawieźć pierwsze, która wprowadza do tej roboty element stresu i adrenaliny. Osoby szukające w pracy wyzwania byłyby z takiego stanu rzeczy zadowolene, choć oczywiście i tak na wszystko są odpowiednie, łagodzące stres, procedury.

Mnie na tak głęboką wodę na szczęście nie rzucono. Realizowałem maksymalnie jedno zamówienie na raz, co i tak trochę mnie stresowało. No bo jeśli traktujesz jakąś pracę poważnie, to chcesz ją wykonywać dobrze, czyli w tym przypadku dowieźć do klienta zamówione jedzenie ciepłe, w całości i w wyznaczonym terminie.

W przypadku Papukuriera dostawca żarcia ma o tyle fajnie, że w zasadzie sam ustala czas, w jakim ma doręczyć zamówienie od restauracji do klienta. Po odebraniu szamki z knajpy wybiera się odpowiednią opcję w aplikacji, a gdy już to się ustali, klient otrzymuje sms-a z przewidywaną godziną dostawy i wszyscy są szczęśliwi. Nie powiem, trochę to szacowanie czasu mnie stresowało, ale podejrzewam, że z czasem nabrałbym odpowiedniego doświadczenia, potrafiąc wyliczyć idealny deadline na oko, nawet nie posiłkując się przy tym Google Maps.

"To gdzie ja mam teraz jechać?"
„To gdzie ja mam teraz jechać?”
Patrzą na to zdjęcie i myślę sobie: "Słoń nadjeżdża". Albo przynajmniej hipopotam.
Patrzą na to zdjęcie i myślę sobie: „Słoń nadjeżdża”. Albo przynajmniej hipopotam.

Jedzenie dowoziłem zarówno samochodem, jak i na rowerze. O wiele pewniej czułem się w aucie, gdyż znacznie częściej zdarza mi się poruszać tym środkiem lokomocji po Poznaniu. Tyle że przy relatywnie bliskich dostawach samochód jest totalnie bez sensu, zwłaszcza w centrum. Korki to jedno, ale sporo ulic jest jednokierunkowych, co znacząco utrudnia komunikację – czasem kręcisz się wokół jakiegoś punktu przez 10 minut w kółko, by do niego dotrzeć. Na rowerze jest zdecydowanie szybciej i sprawniej, lecz potrzeba do niego kondycji, której mi po zimie zdecydowanie brakowało. Ale mimo tego że jechałem wolno, to i tak rowerem pokonałem ten sam dystans znacznie szybciej niż samochodem.

Najwięcej problemu sprawiło mi chyba trzymanie się procedur, a raczej pamiętanie o nich w poszczególnych sytuacjach. Jak się witać z klientem, a jak z obsługą restauracji, kiedy i co kliknąć w aplikacji, żeby wszystko było w porządku i tak dalej, i tak dalej. Wydaję mi się jednak, że był to efekt pierwszego dnia i po kilkudziesięciu kursach wszystko miałbym w małym palcu.

Największy plus tej roboty – to, że jesteś w ciągłym ruchu – jest też jej największą wadą. Mi pogoda dopisała, było ładnie i słonecznie, ale jedzenie dowozi się również w te dni, kiedy padają ulewne deszcze, jest mróz lub panuje upał nie do wytrzymania. Wtedy na pewno nie jest tak pięknie i kolorowo. Mi się jednak podobało, nie nudziłem się, tylko się trochę zsapałem na rowerze.

Ja vs. tramwaj - sam nie wiem, kto ma większą masę.
Ja vs. tramwaj – sam nie wiem, kto ma większą masę.
kurier (73)
Zobaczcie, jakie auto stoi za mną. Przypadek? Nie sądzę.

Po tym 1 dniu doszedłem do wniosku, że to fajna praca dla kogoś, kto chce sobie dorobić, np. dla studenta. Trochę przez to żałuję, że nie zdobyłem takiego doświadczenia wcześniej, choćby na pierwszym roku, to bym może szybciej zebrał pieniądze na nowy layout bloga (już wkrótce, serio). Zaletą takiego zajęcia jest na pewno elastyczny czas pracy oraz możliwość ustalenia, jak liczone jest wynagrodzenia, czy od przewiezionych „paczek”, czy za godzinę i pokonane kilometry. Główny mankament: trzeba mieć swoje auto lub rower.

Aaa, zapomniałbym, jeszcze mam najważniejszą informację! Najbardziej bałem się tego, że od rozwożenia jedzenia będę cały czas głodny i że z tego wszystkiego zjem coś, co powinienem dostarczyć klientowi. Wiecie sami, jak jest, zapach swoje robi. Tak się jednak nie stało, a mój mózg na czas dostaw totalnie wyłączał takie uczucia jak głód. Liczyło się tylko to, żeby dowieźć jedzenie we wskazanie miejsce ciepłe i o czasie.

Coś nadciąga... Czy to pies? Samolot? Batman?
Coś nadciąga… Czy to pies? Samolot? Batman?
Nie, to grubas na rowerze!
Nie, to grubas na rowerze!

To chyba tyle. Jeśli macie jakieś pytania o pracę dostawcy jedzenia – piszcie w komentarzach. Postaram się odpowiedzieć.

PS A napiwku żadnego nie dostałem. Nie zrealizowałem jednak zbyt dużej liczby zamówień, więc trudno z tego wyciągać jakieś wnioski. Szef Papukuriera powiedział mi, że średnio na jednym dowozie jest to kilka złotych. Ja mu wierzę.

PPS Największy szok dla mnie: 90% transakcji wciąż dokonywana jest gotówką! Myślałem, że w czasach, gdy jedzenie można zamawiać online i płacić za nie przelewem, nie ma aż tylu wielbicieli papierowych pieniędzy. A jednak! Niby rodzi to problemy przy wydawaniu reszty, ale przecież rodzą się z tego napiwki…

ZOBACZ VLOG Z DNIA W PAPUKURIERZE I SUBSKRYBUJ MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE