Wyszukiwarka

Jak nie przytyć, prowadząc takiego bloga jak ten?

Jestem gruby – to prawda. Ale wagę trzymam i nie tyję. Jak ja to robię?

Raz na jakiś czas dostaję komentarz w stylu: „Jak na to, ile jesz, masz całkiem niezłą sylwetkę”. To takie eufemistyczne wyrażenie zdania: „Ty grubasie, żresz za trzech, a jesteś tylko lekko spasiony”. I to mnie właśnie zainspirowało.

Bo choć prawdą jest to, że mam nadwagę, to również za niepodważalny fakt należy uznać to, że trzymam „swoją” wagę od kilku lat. Oczywiście z medycznego punktu widzenia jest ona za wysoka, nie ma co się w tym temacie oszukiwać. Z drugiej jednak strony, jem naprawdę sporo, więc stan constans uznaję za spory sukces.

To nie jest jednak tak, że obżeram się jak świnia i całkowicie nie dbam o to, czy z rozmiaru XXL „urosnę” do 3XL, czy nie. Wręcz przeciwnie, stosuję parę magicznych tricków, dzięki którym mogę jeść tyle, ile jem.

Zanim do nich przejdę, jedna mała uwaga: traktujcie te #protipy z lekkim przymrużeniem oka. Nie daję gwarancji, że sprawdzą się w Waszym przypadku, ani nie mam twardych dowodów na to, że faktycznie to dzięki temu i temu na wadze widzę wciąż constans. Wszystkie poniższe patenty nie powinny Wam jednak zaszkodzić, więc możecie z nimi eksperymentować, byle z głową. Niech to będzie dla Was taka mała inspiracja.

Zatem do rzeczy!

Po pierwsze: spróbuj uprawiać jakiś sport

Ja cały czas próbuję. To przez parę tygodni porobię regularnie brzuszki, to przez kilkanaście dni biegam dzień w dzień coraz dalej i coraz szybciej. To pójdę raz czy dwa na basen o szóstej rano, to kilka raz z rzędu zagram ze znajomymi w kosza. Trochę się poruszam, nawet wręcz mocniej zajaram pewnym rodzajem aktywności, a później znajduje wymówki („pada”, „kac”, „muszę pisać bloga”) lub zwyczajnie zaczyna mnie to nudzić.

125w3i

Niemniej ciągle próbuję. Przerwy są, nawet kilkutygodniowe, ale potem sobie zaraz pomyślę, że heloł, coś się zasiedziałem w ostatnich dniach, trzeba się ogarnąć. No i znów próbuję, ćwiczę coś i tak w koło Macieju.

Do czego zmierzam? Że zawsze lepsza jest jakaś aktywność fizyczna (nawet ta mniej regularna) niż żadna.

Po drugie: pij dużo wody

Każdy dietetyk powie Ci, że grunt to odpowiednie nawodnienie organizmu. Sam staram się wypić ok. 1,5 litra wody dziennie (a w gorące dni znacznie więcej). I zazwyczaj mi się to udaje.

Po trzecie: najlepiej zaczynaj każdy dzień szklanką wody z sokiem cytryny

Nie wiem, na ile to rzeczywiście działa, a na ile to jedynie efekt placebo, ale statystycznie rzecz biorąc, w dzień rozpoczęty szklanką wody z sokiem cytryny (wyciskam połówkę owocu) czułem się lepiej niż w dni, w której jej brakowało. No i nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem przeziębiony.

Po czwarte: ogranicz słodycze

Najbardziej nie tyje się od mięsa i tłuszczu, a od cukru. Nie mówię, że tłuszcze w nadmiernej ilości są zdrowe, ale o wiele gorsze są słodycze. I możecie mi wierzyć lub nie, ale sam z siebie kupuję je tylko po to, żeby nakręcić nowy odcinek CO JA JEM. O wiele trudniejszym etapem jest odmawianie słodyczy w chwili, gdy ktoś Cię nimi częstuje. No powiedz babci w oczy, że nie zjesz serniczka, który piekła od samego rana. No spróbuj!

Ja w jednym obrazku.

Ja i mój idol.

Po piąte: jeśli lubisz słodycze, to chociaż ogranicz słodkie napoje

A co w sytuacji, gdy nie wyobrażasz sobie dnia bez czekolady? Spójrz na to, co pijesz! W większości napojów obecnych na rynku jest tyle cukru lub syropu fruktozowo-glukozowego, że głupi baton to przy tym pikuś. Tym bardziej, że pijąc tzw. „sok jabłkowy”, nie do końca zdajesz sobie sprawę, ile łyżek cukru się w nim znajduje.

Na co dzień piję wodę, wodę z cytryną, zieloną herbatę (nigdy nie słodzę) lub soki 100% z owoców, bez dodatkowych substancji słodzących (też zawierają sporo cukrów, ale są to cukry naturalne – z dwojga złego lepiej w tę stronę). Reszta napojów raczej od święta, głównie pod wódkę.

Po szóste: zrezygnuj z picia alkoholu dzień w dzień

Wiem, że to trudne i wieczór bez piwa to wieczór stracony, ale serio warto ograniczyć alkohol. Nie stronię od picia, żaden ze mnie abstynent, ale studenckie czasy, gdy przez pół tygodnia się chlało odeszły w zapomnienie. I wcale tego jakoś nie żałuję, czuję się lepiej!

Po siódme: spacer dobrze Ci zrobi

Jeśli nie masz chęci na sport, to chociaż pójść na spacer. Zamień samochód lub tramwaj na swoje nogi i załatw parę spraw, poruszając się „z buta”. Czasem tak robię i wychodzi na zdrowie.

Po ósme: wszystko z umiarem, nawet żarcie na potęgę

To taka życiowa prawda, którą warto sobie zapamiętać. Albo wytatuować na czole. Wszystko jest dla ludzi, ale we wszystkim trzeba znać umiar. Stąd też biorą się nieregularne publikacje recenzji, czy wrzucanie na Instagrama zdjęć sprzed tygodnia. Czasem odpoczywam od obżarstwa, bo jest to zwyczajnie niezbędne.

12376057_1190115181002780_8923624134036655005_n

Po dziewiąte: rób sobie takie zdjęcia, na których nie widać pewnych – hmm – NIEDOSKONAŁOŚCI

Jeśli wszystkie powyższe tricki zawiodą, po prostu cykaj takie foty, na których Twój wielki bebzol wydaje się ciut mniejszy niż w rzeczywistości. Udaje się w 10 na 10 przypadków. Polecam ten styl.

***

To tyle w temacie mojej wyjątkowo niezłej sylwetki, jak na ilość pochłanianego jedzenia. Ucieszę się, jeśli kogoś do czegoś zainspirowałem! Tymczasem idę zeżreć jakiś syty kawał mięcha…

  • Zgadzam się absolutnie, że od tłuszczu i białka się nie tyje tylko od cukru. Jedząc same mięcho możesz schudnąć nawet, tyle że warzywa trzeba byłoby jeść jednocześnie żeby było zdrowo.

    • Dokładnie! Mógłbym dodać „Po dziesiąte, jedz warzywa i nie marudź”, tyle że wiem, że jem ich zdecydowanie za mało. 🙁

  • Wanda Rybka

    Brawa za dystans do siebie! Uśmiałam się zwłaszcza ze zdjęć 🙂 ja z kolei od lat szukam sposobu jak przytyć…