Dlaczego wolę jeść na mieście niż w domu?

Wciąż tylko mówię Wam o tym, czego ja nie jadłem, gdzie ja nie jadłem, a wciąż nie powiedziałem, dlaczego w ogóle to robię.

Dla tych, co wolą oglądać i słuchać, przygotowałem wersję video tego tekstu (subskrybuj kanał):

Powodów jest kilka. Dokładnie to 7.

1. Nie lubię gotować.

Zwłaszcza dla siebie, dla kogoś jeszcze jakoś ujdzie. Ale generalnie nie sprawia mi to przyjemności. Przede wszystkim dlatego, że trwa to zdecydowanie za długo, a ja z natury nie jestem jakoś wielce cierpliwym człowiekiem. Irytuje mnie oczekiwanie, aż zagotuje się woda. Albo aż nagrzeje się piekarnik. Nie przepadam za krojeniem wszystkich składników, staniem nad kuchenką i ciągłym mieszaniem. Co więcej zawsze, gdy gotuję, nawet jakieś proste, jednogarnkowe dania, mam tonę naczyń do zmywania. A jeśli gotowania nie lubię, to zmywania naczyń nienawidzę jak stereotypowy gorzowianin stereotypowej Zielonej Góry.

2. Nie umiem gotować.

Cóż, punkt drugi na pewno trochę wynika z pierwszego. Nie gotuję jakoś super. Nie zrozumcie mnie źle, potrafię przygotować parę dań, niektóre z gatunku “sam się sobie dziwię, że to umiem”, ale to nigdy nie jest ten poziom, który mogę dorwać na mieście w byle knajpie. Po co mam więc jeść mniej smaczne jedzenie w domu, jeśli mogę jeść smaczniejsze na mieście?

3. Nie lubię wymyślać tego, “co zjem dziś na obiad”.

No chyba, że tyczy się to tego, GDZIE zjem dziś obiad. Patrzę na listę knajp, które chciałbym odwiedzić, sprawdzam ich menu dostępne gdzieś w internetach i na tej podstawie decyduję o swoim dzisiejszym obiedzie. To równie przyjemne, co kupowanie sobie prezentów. Tym bardziej jeśli wybór okazuje się w 100% trafiony.

Decydowanie o tym, CO zjem dziś na obiad, jest o wiele bardziej męczące w sytuacji, gdy chodzi o obiad, który jeszcze trzeba sobie samemu przygotować. Nigdy nie umiem nic wymyślić, a skorzystanie z książek kucharskich lub przepisów z zaprzyjaźnionych blogów internetów często prowadzi do długich zakupów w poszukiwaniu dziwnych składników, których wolałbym raczej uniknąć, gdyż…

4. Nienawidzę zakupów

Jakichkolwiek. Najgorsze są te odzieżowo-obuwnicze. Muszę je robić szybko. Patrzę, wybieram, przymierzam, pach, pach i kupuję. Na spożywcze czasem nawet tak nie psioczę, ale zdarza się, że bywają one bardziej problematyczne.

Zwłaszcza gdy chcemy zrobić jakieś bardziej wymagające lub egzotyczne danie. Wtedy okazuje się, że niezbędne są składniki, których nie dostaniemy w byle dyskoncie, a jedynie w delikatesach, oczywiście ulokowanych po drugiej stronie miasta. W nich z kolei mamy tłum ludzi i ogromną kolejkę do kasy, taką na pół godziny stania, które przedłużają choćby reklamacje składane przez klientów.

Mówiąc w skrócie, głównym problem z robieniem zakupów mam taki, że do mniej zwyczajnych dań zazwyczaj nie dostanę wszystkich składników w jednym sklepie. A ja nie lubię za czymś latać i szukać.

5. Jedzenie na mieście może być tańsze.

W sytuacji, gdy de facto gotujesz tylko dla siebie i nie chcesz jeść codziennie tego samego (a więc robisz jedną porcję, a nie kilka “na później”), to lepiej Ci się opłaci stołowanie się na mieście. Nie w drogich knajpach, ale niekoniecznie też w najpodlejszych barach z obrzydliwym makaronem zalewanym równie obrzydliwym sosem. Musisz tylko odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście ważne pytanie: “co lubisz w życiu jeść?” i zacząć to jeść. Może się okazać, że przygotowanie jednej porcji danej potrawy w domu będzie kosztowniejsze niż zjedzenie jej gdzieś na mieście. Trust me.

6. Jedzenie na dowóz to nie rozwiązanie.

Z prostej przyczyny: wszystko, co w dowozie, smakuje gorzej, niż mogłoby smakować na miejscu. Powód jest prosty: czas i sposób dostawy wpływa na jakość. Najbanalniejszy przykład to pizza, która z każdą sekundą w kartonie staje się coraz gorsza. Ciasto staje się rozmoknięte pod ciężarem reszty składników i kłębiącej się w opakowaniu pary wodnej. Dobrej, włoskiej pizzy na cienkim cieście z dowozem nie zamawiajcie – chyba że pizzeria mieści się naprawdę blisko.

I tak jest właściwie ze wszystkimi daniami – tracą temperaturę, wysuszają się, sklejają albo nasiąkają wodą. Jedyny wyjątek: zupy, aczkolwiek tylko te bez dodatków w postaci grzanek. Sam czasem korzystam i zamawiam jakąś na kaca, bo żeby samemu, od podstaw gotować zupę? Może gdyby mi się chciało, tak jak mi się nie chce…

7. Jedzenie na mieście jest po prostu smaczniejsze.

Sporo osób propaguje bzdurę, że “najlepsze jedzenie to domowe jedzenie”, ale mija się to z prawdą. Nie brakuje oczywiście wyjątków (pierogi babci Krysi, sernik mojej mamy itd.), ale generalnie najsmaczniejsze rzeczy jadłem na mieście, choć niekoniecznie akurat w Poznaniu, w którym obecnie mieszkam.

Polska gastronomia ma się na tyle dobrze i rozwija się na tyle fajnie, że naprawdę jest gdzie jeść – mamy dostęp do kuchni z połowy świata, zarówno za małe, jak i za duże pieniądze, od amatorów, pasjonatów i profesjonalistów pełną gębą. Warto to wykorzystywać.

Tyle ode mnie. Dajcie znać, czy się ze mną zgadzacie. A może sami macie jeszcze jakieś argumenty ZA jedzeniem na mieście? Piszcie w komentarzach!

  • Karolina Maras

    Format świetny, mogłam zajmować się przerabianiem zdjęć i słuchać jednocześnie. Coś, co odpowiada mi najbardziej. 🙂

  • Myślę sobie, że to jedzenie na mieście vs w domu to trochę niesłuszna opozycja 😉 I patrzysz ze swojej perspektywy, jasne, ale to nie tak, że wyższość domowego to zawsze bzdura 😉 Po pierwsze, masz 100% kontroli nad składnikami (a że wielu ludzi gotuje na gotowcach i jest to niedobre – to smutny fakt). Po drugie, dla mnie gotowanie i biesiadowanie ma funkcję wspólnotową: czy to tylko z mężem, czy to na imprezie dla 20 osób. Po trzecie, zazwyczaj w knajpie jesz co innego: tzn. na przykład ja burgera sobie na co dzień nie zrobię, a pizzę bez problemu. To są po prostu różne porządki: uwielbiam chodzić do knajp, zarówno testować nowe, jak i odwiedzać stare. Ale uwielbiam też swoją kuchnię, mam zapas tych dziwnych składników, a wymyślanie menu jest zawsze przygodą. Tak jak dla Ciebie stołowanie się na mieście – i ta całą pozytywna otoczka też wpływa na odbiór 🙂