Wyszukiwarka

7 grzechów głównych śniadań na mieście

Co mnie wkurza w śniadaniowniach?

Ostatnie miesiące spędziłem na sprawdzaniu śniadań w Poznaniu. O najlepszych pisałem w rankingu – sprawdźcie go, jeśli chcecie wiedzieć, gdzie warto zjeść rano na mieście.

Zobacz zestawienie w wersji video i subskrybuj mój kanał!

Czas zająć się tym, co w śniadaniowniach mi się nie podoba. Przede wszystkim tych, które nie załapały się do zestawienia, choć część zarzutów można byłoby skierować również do tych z rankingu. Co miejsca ze śniadaniami powinny u siebie poprawić?

1. Godziny otwarcia.

Ogromnym żartem są miejsca, które w weekendy otwierają się o 11 (rozumiem, że po piątkowo-sobotnich balach je się późne śniadania, ale bez przesady). Choć jeszcze gorsze są te rozpoczynające dzień roboczy o 10. Dla kogo są takie śniadania? Kto zdąży je zjeść przed pracą? Aby odnieść sukces, wypada otworzyć się na zwykłych ludzi. Najlepiej o 7.30. Albo nawet i wcześniej.

2. Sztampowość.

Jajecznica, omlet i owsianka. Większość śniadaniowni oferuje dokładnie to samo – nudę na talerzu. Domyślam się, że ludzie tego chcą, że to dość popularne, jeśli nie najpopularniejsze zamówienia, ale aż prosi się o jakieś ciekawostki w karcie, po które przecież coraz częściej sięgamy. Tylko błagam, niech to nie będzie znowu szakszuka. Więcej kreatywności, tylko o to proszę!

3. Niska jakość składników.

To widać, słychać i czuć, kiedy w knajpach korzysta się z kiepskich jajek (za dania śniadaniowe powyżej 20 zł można wymagać nawet „zerówek”), niedojrzałych pomidorów czy słabiutkiej szynki. Kurczę, ludzie nigdy nie zaczną jadać śniadań na mieście, jeśli będzie się im oferować produkty niskiej jakości. Od dobrych składników trzeba zacząć!

4. Przygotowanie „na odwal się”.

Jak mam zjeść na mieście jajecznicę – danie, które szybko i prosto przygotuję sobie w domu – to niech to będzie jajecznica na wypasie, przygotowana z sercem, jak dobry gospodarz dla jakiegokolwiek gościa. Często jest to bardzo przeciętna breja, która może nie smakuje źle, ale pozostawia po sobie ogromne uczucie niedosytu. Postarajcie się choć trochę!

5. Małe porcje.

Gdy widzę śniadanie angielskie, w którym jest jeden plasterek bekonu i łyżeczka fasolki, to nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Czasem wydaję mi się, że niektórzy oczekują, że gość w lokalu ma dopchać się chlebem (na całe szczęście jest on zazwyczaj dobry jakościowo i coraz częściej wypiekany na miejscu). Śniadanie na mieście to ma być konkret, zwłaszcza wtedy, gdy z definicji jest ono sycące (jak np. to angielskie).

6. Brak śniadań w menu przez cały dzień.

Bardzo lubię te miejsca, które otwarte są od wczesnych godzin i do końca dnia można u nich zamówić śniadanie. Bo czasem są takie dni, kiedy jednak chciałoby się zjeść jakiś lepszy omlet później, w porze obiadowej czy nawet na kolację. Rozumiem, że fakt niewydawania śniadań w godzinach popołudniowych często wynika z kwestii logistycznych, których czasem się nie przeskoczy. Ale aż się prosi, aby dobre śniadania serwować od rana do nocy! A już największym marzeniem, które trudno byłoby spełnić w Poznaniu, to taka śniadaniownia czynna 24 godziny na dobę.

7. Sok pomarańczowy tylko z butelki.

Wciąż nie mogę pojąć, jak szanująca się śniadaniownia może nie mieć świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, a zamiast tego oferować produkty z butelki. W zasadzie jest to bardzo przykre.

A czy Was coś wkurza w śniadaniach na mieście? Piszcie w komentarzach!

  • W śniadaniach angielskich brak mi placka hash brown – jestem fanką wszystkiego, co ziemniaczane i ta brytyjska opcja bardzo mi podpasowała. Poza tym, to śniadania jem rzadko i w sprawdzonych miejscach: Ptasie, Bo oraz Projekt Wilson. To ostatnie miejsce serdecznie polecam (chyba nie było uwzględnione w badaniach do rankingu) – może bez wielkiej kreatywności, ale za to świeże, przepyszne składniki, duża możliwość modyfikacji oraz świeże soki do wyboru. Mam tam blisko, więc chętnie zaglądam.

    • W Projekcie Wilson byłem do tej pory na herbacie. 🙂 Czas odwiedzić na śniadanie. 😉 Tym bardziej, że Łazarz aż się prosi o jakieś własne zestawienie. 😉

      • O tak! Ta dzielnica ma mnóstwo nieodkrytych skarbów. Jest fp Apetyt na łazarz, może być źródłem inspiracji do zestawienia.

  • Jak mi w mojej Bydgoszczy brakowało jakiegoś miejsca, gdzie by dawali śniadania od 7:30. Naprawdę, byłabym tam codziennym gościem, jako że do miasta przyjeżdżałam o siódmej, a zajęcia miałam na ósmą. O tej porze nawet nieszczęsny McDonald był zamknięty. W Poznaniu jem śniadanie na wydziałowym bufecie tylko jak jestem bardzo zrozpaczona, bo parówki z wody i jajecznica w wersji studenckiej szału nie robią.

    • W Bydgoszczy w ogóle brakuje miejsc, gdzie można dobrze zjeść, a co dopiero tak rano : <

      • Czyli nie ma po co jechać? 😛

        • Ola Zmudzińska

          Jest Piekarnia na Jatkach (właścicielką jest córka Sowy od cukierni). Poziom iście poznański. Polecam!

          • W Bydgoszczy żeby zjeść? Raczej nie ma po co jechać. Jest może i kilka ciekawych miejsc, ale żadne z nich się jakoś nie wyróżnia na tyle, by specjalnie po to odwiedzić miasto. Znalazło by się jednak parę innych powodów : >

          • Paulina

            Na śniadanie w Bydgoszczy to do Cubanos, przystępne ceny, nie żałują składników, nie serwują typowo jajecznicy i mają otwarte od 7, wystarczy mały research i da się znaleźć kilka jedzeniowych perełek

          • Czyli jednak! 🙂

          • Otworzyli jeszcze Śródmieście w centrum, gdzie zdaje mi się można zjeść śniadanie cały dzień (nie jestem pewna). Podobno całkiem smacznie, jeszcze nie próbowałam. A Cubanos kojarzę jako street food i to niezbyt dobrze : < Trzeba nadrobić.

          • Paulina

            Nie wiem, może w sezonie food truckowym jest gorzej, nie wiem, nie mieszkam już w Bydgoszczy, ale stacjonarnie w ich budce wszystko było genialne, standardem nie odbiegało od tak bardzo zachwalanego na tym blogu Schopenhauera, ewentualnie w jednej z kanapek mogłoby być więcej sera, ale bekonu nikt mi nie szczędził, także <3

          • zipperblog

            oj nie przesadzałbym. Są w Bydgoszczy bardzo dobre restauracje. Tyle tylko ,że ceny mają, jakby to był Gdańsk, a nie wymierające miasto postprzemysłowe.

  • Ixie

    A mnie wkurza, że często w ofercie jest owszem kilka propozycji śniadań, w tym w każdej jest jajko, a ja nie lubię jajek 🙁

  • Greg

    Bardzo dobre śniadanie i jajecznicę, nie na bieda wersji jadłem ostatnio w (chyba) śniadaniarni na zwierzynieckiej, przy kaponierze

  • Agata Andrzejczak

    Ja nie lubię jeśli w cenę zestawu śniadaniowego nie są wliczone napoje. Chyba w Concordii coś takiego widziałam, nie pamiętam gdzie jeszcze i czy w Poznaniu. W przypadku czegoś wypaśnego, jak sok świeżo wyciskany, cena zestawu może być wyższa, ale kawa/herbata powinna być w cenie zestawu.

  • zipperblog

    Godziny otwarcia pewnie wynikają z tego, że knajpy nie stać / żal im kasy na dodatkowych ludzi, którzy by mieli pracować w weekend od rana. bo raczej nie ci sami ludzie, którzy w piątku pracowali do 2 w nocy