Wyszukiwarka

Na talerzu: Praga

DSC05143 (Kopiowanie)Do Pragi pojechaliśmy czysto rekreacyjnie. Chcieliśmy pozwiedzać, pobawić się, napić się czeskiego piwa, dopiero w dalszej kolejności: spróbować tradycyjnej czeskiej (i nie tylko) kuchni. Ale jeść coś musieliśmy, byle gdzie nie chcieliśmy (co nie znaczy, że się nie zdarzyło), więc tak jakoś wyszło, że mamy dla Was spory materiał o praskim jedzeniu.

W ciągi 3 dni zaliczyliśmy 3 knajpy. Havelską Korunę przy Havelskiej (była już recenzja, o tutaj), U Medvidku przy Na Perštýně (i tu też była recenzja, tyle że tutaj) i restaurację, której nazwy nie pomnę – szło się parę metrów jedną z ulic odchodzących od Starego Rynku, a dalej do lokalu kierował znak głoszący, że „tanio, smacznie, tradycyjnie”. Może reszta redakcja zapamiętała coś więcej.

Trochę szkoda, że nie pamiętam tej nazwy, bo było to najlepsze miejsce spośród tych trzech. Może dlatego, że w Havelskiej Korunie wybrałem bardzo, bardzo źle. Zaaferowany niespotykanym w Polsce systemem karteczkowym i samoobsługą, wybrałem wieprzową wątróbkę z knedlikami. Generalnie wątróbkę lubię, ale tylko wtedy, gdy przyrządzi ją moja mama. Ta wyglądała jak z saszetki marki Pedigree i smakowała średnio. Sos spoko, knedliki też, ale mięso już nie – niech świadczy o tym to, że mniej więcej połowę zostawiłem.

DSC04881 (Kopiowanie)

DSC04882 (Kopiowanie)

DSC04883 (Kopiowanie)Nie wyszedłem jednak z Havelskiej Koruny głodny. Wziąłem sobie jeszcze zupę. Barszcz rosyjski, czyli po naszemu ukraiński. Taki jak powinien być, rozwodzić się nad nim nie ma sensu. Do tego dwa ciemne piwa Kozel i rachunek nieprzekraczający 200 koron. Mega tanio, szkoda że z wątróbką.

U Medvidku, które tak chwaliłem przed dwoma laty, trochę mnie rozczarowało. Gulasz budvar z wołowiną i knedlikami był może bardzo smaczny, ale nie aż tak, jak to zapamiętałem. Czegoś do szczęścia mi brakowało, co było o tyle dziwne, że miałem przecież ciemnego Budweisera w ręku. Ale najadłem się i nie zapłaciłem więcej niż w Havelskiej.

DSC05248 (Kopiowanie)Trzecia z knajp – jak już wspominałem – była zdecydowanie najlepsza. Niestety też najdroższa, ale za dobre jedzenie można zapłacić więcej, nawet jeśli w portfelu za wiele się nie ma, prawda? Zamówiłem steka z bekonem w sosie z Pilsner Urquella i do tego placki ziemniaczane. Dlaczego placki, a nie knedliki? Od paru dni miałem na nie ochotę i w końcu były w karcie. Co więcej, smakowały fantastycznie – prawie tak doskonale, jak te przyrządzane przez moją mamę. Stek też dawał radę – jadłem w życiu lepsze (ale i droższe), tu były jakieś chrząstki i tak dalej, ale tak świetnie komponował się z bekonem i pysznym sosem, że szybko przebaczyłem te spore niedociągnięcia.

DSC05605 (Kopiowanie)

DSC05606 (Kopiowanie)Knajpy knajpami, a co ze street foodem? Zaliczyłem dwa: okropnego kebaba na Kralovej w połowie drogi między Mostem Karola a Starym Rynkiem oraz dwukrotnie pyszną praską kiełbasę z budy na Vaclavskim Namesti. Bardzo smaczna, smażona na grillu kiełbasa podana w bułce z sosami do wyboru (klasyczny zestaw musztarda + keczup, polecam mocno). Lepiej i pożywniej się nie da.

Ode mnie to tyle, ale swoje zdanie i przygody ma też pewnie reszta redakcji. Jak Wam smakowała Praga?

MruMru

[MruMru]

Jak smakują Czechy? Mniej więcej tak, jak każdy Polak sobie wyobraża. Kuchnia czeska to kuchnia pełna duszonych mięs, smażonych serów, kwaśnej kapusty i delikatnych knedlików. To wszystko pokryte ciężkimi, gęstymi, aromatycznymi sosami. W pewien sposób jest podobna do polskiej. Inna, ale w podobnej konwencji. Jest coś przaśna, dobra do piwa.

Zanim zacznę opowiadać co i jak jadłam: czy zdajecie sobie sprawę, że te czeskie sławne knedliki, ten symbol Czech wcale z Czech nie pochodzi? Knedliki przewędrowały do nich z Bawarii i Śląska, ale tak wrosły w ich kulturę, że stały się symbolem.

DSC05604 (Kopiowanie)
zagraniczni studenci w restauracji z darmowym Wi-Fi

Tak jak Maciej wspominał, odwiedziliśmy trzy knajpy + okropny kebab. Moim celem w Pradze było zjeść najlepszy gulasz. Dlatego we wszystkich knajpach gulasz zamawiałam. W pierwszej, gdzie nasz rednacz zamówił sobie wątróbkę, ja jadłam „gulasz”. A raczej potrawkę, ale od początku. System karteczkowy bardzo nas zaskoczył, nie do końca wiedzieliśmy co mamy robić, dlatego wysłaliśmy rednacza pierwszego, a potem sobie poradziliśmy.

DSC04886 (Kopiowanie)Zamówiłam sobie polevkę ziemniaczaną, łagodny „gulasz”, kapustę, knedliki i piwo. Bramboraczka (czyli ziemniaczana) dobra, dość gęsta, mocno ziemniaczana, gdzieniegdzie pojawiały się pieczarki. Knedliki idealne, delikatne, miękkie, jak poduszeczka do której chcesz się przytulić. Kapusta gotowana inna niż u nas, bardziej słodka, ale nadal kwaśna. No i ten nieszczęsny gulasz (bo piwo wiadomo że dobre). Zamiast gulaszu jakiego się spodziewałam, dostałam coś a’la potrawkę z kurczaka w białym sosie z pieczarkami. Nie mówię że niedobre, po prostu spodziewałam się czegoś innego.

Drugi dzień, drugi gulasz. U Niedźwiadka zamówiłam to, co Maciej. Czeski gulasz z knedlikami i knedlikiem z boczkiem. Nie był zły, ale też nie zachwycał. Sosu było najwięcej, był ciemny, mocno mięsny, idealny do tego, by maczać w nim knedliki. Mięsa, które było dobre i miękkie, było niestety za mało. Albo jakoś tak mało w stosunku do sosu. Knedliki zwykłe jak knedliki zwykłe, ten z boczkiem natomiast bardzo przyjemny. Był inny, w formie kulki, bardziej zbity, cięższy – przez to bardziej syty. Oczywiście do tego piwo. Mmmm.

Trzeci dzień to trzeci gulasz i chyba najlepszy. Nie różnił się wiele od tego z Niedźwiadka, sos jednak był delikatnie inny. jakiś taki bardziej naturalny, mięsa trochę więcej i nie było knedlika z boczkiem, za to więcej zwykłych. I piwo.

DSC05611 (Kopiowanie)

DSC05612 (Kopiowanie)Trzy dni to mało żeby zgłębić Czeską kuchnię. Skupiając się na gulaszu nie jadłam ani smażonego sera, ani utopenców, ani karpia, którego Czesi bardzo lubią, z mięs Czesi najchętniej jedzą wieprzowinę. Przez upał i brak czasu nie jadłam też deserów. Jeśli będziecie w Czechach spróbujcie palacinków ze smażonymi owocami i migdałami, zjedźcie ich sławny tort makowy lub miodowy. Spróbujcie też knedlików na słodko.

A jeśli wypijecie za dużo czeskiego piwa – Szwejk mówił, że zupa czosnkowa najlepsza na kaca!

mfn

[mfn]

Bo do Czech to ja mam za darmo, cytując pewnego suchara. Niestety, my za darmo nie mieliśmy (ze swoim telefonem w plusie do nikogo nie mam za darmo, że tak się pożalę), ale zjeść coś tam się udało. I to, przynajmniej w moim przypadku, za każdym razem smacznie.

Na początek wjeżdża Havelska Koruna, gdzie rednacz wpuścił mnie w nie lada kanał #tadeknorek. Jako jedyny znał czeski, a postanowił zamówić pierwszy, zostawiając mnie na pastwę losu. Na szczęście, jak zawsze z fartem, wykaraskałem się z kłopotów i zamówiłem smażony ser z knedliczkami oraz sosem grzybowym. Co prawda zrobiłem to używając kombinacji trzech języków, ale ostatecznie się udało. To był dość przypadkowy, ale dobry wybór. Ser sprawdza się praktycznie w każdej kombinacji, więc sprawdził się także tutaj. Knedliczkami zagryzało się go równie przyjemnie, a dodatkowo wszystko było bardzo syte. Po konsumpcji ledwo doszedłem do stolika. Sos grzybowy również spełniał swoją funkcję jak należy, choć szału raczej nie robił.

DSC04888 (Kopiowanie)Dzień drugi to spotkanie ze sznyclem i sałatką ziemniaczaną, czyli kolejny udany wybór. Mięso było bardzo smaczne, nie za twarde i bez żadnych dziwnych chrząstek. Krótko mówiąc spełniało moje oczekiwania. Gorzej było z sałatką, która według zapowiedzi MruMru, powinna zaprezentować się ciekawiej. Zwykłe połączenie ziemniaków z warzywami, nic szczególnego. Ogólnie, choć wspomnienia z Medvidku mam pozytywne, to chyba i tak był to najgorszy obiad podczas naszego pobytu w Pradze.

DSC05249 (Kopiowanie)Najlepszy był trzeci, przypadkowy strzał. Knajpka na uboczu, do której trafiliśmy przez przypadek, podbiła nasze serca. Zamówiłem to co rednacz, z tą różnicą, że zamiast placków ziemniaczanych klasycznie dorzuciłem frytki i byłem podobnie zachwycony. Wołowinka i bekon to to, co tygryski lubią najbardziej. Nic więc dziwnego, że nam też przypadło do gustu. W tym przypadku zgadzam się z każdym słowem Maćka. Frytki również smaczne, na solidnym poziomie.

DSC05607 (Kopiowanie)PS Legalne picie w miejscach publicznych w Czechach to coś pięknego. Cóż to za wspaniałe uczucie siedzieć na środku rynku i widzieć mijającą Cię policję, która ma w planach chronić Cię przed złem tego świata, a nie wypisywać bezsensowne mandaty dobrym chłopakom. Zamiast legalizować śmieszną marihuaninę, to zalegalizujcie picie w parkach. Plener for life, nara.

Kiziu

[Kiziu]

Pierwszą rzeczą, w której zakochałem się w Czechach był smażony ser. Pamiętam to jak dziś. Miałem wtedy może 13-14 lat, byłem na jakiejś kolonii, złapała nas ulewa i poszliśmy coś zjeść. Nie mam pojęcia gdzie to było, ale zakochałem się. Po powrocie do domu, próbowałem odtworzyć ten cud sztuki kulinarnej. Nie udało mi się. Ser był wszędzie, a patelnia nadawała się jedynie do wyrzucenia. Po tamtym wyjeździe pamiętam jeszcze jedną rzecz: właśnie wtedy po raz pierwszy całowałem się ze starszą dziewuchą. Ach cóż to były za czasy…

Przechodząc jednak do tegorocznego wyjazdu, to mimo wielkiej miłości ani razu nie zjadłem smażonego sera. Jadłem głównie gulasz albo rzeczy, które miały go imitować. W Havelskiej Korunie zjadłem dwa dania i wypiłem dwa piwa. Równowaga musi zostać zachowana. Na pierwsze wjechał barszcz. Ten sam, który jadł rednacz, a który był naprawdę porządnym, domowym barszczem. Bardzo smaczny i sycący. Drugie danie to potrawka a’la gulasz. Wersja pikantna, za którą Chłop z Mazur dałby sobie urżnąć nogę. Nie dał, dlatego musiał wcinać wersję łagodną, na którą narzekał bardzo. Mi smakowała – obowiązkowo z knedliczkami i czarnym Kozelem.

DSC04889 (Kopiowanie)

DSC04890 (Kopiowanie)Niedźwiadek uraczył mnie karkówką z kapustą i knedliczkami oraz piwną zupą cebulową. Zupka dała radę. W ogóle w tej Pradze to naprawdę przyzwoicie przygotowują zupy. Karkówka, jak większość zamówionych przez nas tego dnia dań, nie wypadła zbyt dobrze. Była mdła i w ogóle jakaś taka mało apetyczna.

DSC05253 (Kopiowanie)

DSC05254 (Kopiowanie)Trzeciego dnia trafiliśmy do tego miejsca, którego nazwy nikt z nas nie zapamiętał. Cicha knajpka, na uboczu ze wspaniałym jedzeniem. Tak się składa, że ja płaciłem za wszystkich więc mam paragon. Miejsce to nazywa się „U cerveneho pava” i znajduje się przy ulicy Kamzikova 6. Po raz kolejny uraczyłem się zupką i drugim daniem. Tym razem była to zupa gulaszowa i staroczeski gulasz z knedlikami. Zupka w smaku taka jak być powinna, jednak za mało w niej było mięsa. Rzadka była po prostu jak cholera. Natomiast gulasz staroczeski, choć porcja również nie powaliła z nóg, spełnił wszystkie te oczekiwania, które ma się w stosunku do gulaszu. Mięso soczyste, kruche, mięciutkie, a sos gęsty, świetnie komponujący się z knedlikami. Zdecydowanie „U cerveneho pava” było naszym największym odkryciem tego wyjazdu.

Chłop z Mazur

[Chłop z Mazur]

W Czechach byłem tak naprawdę pierwszy raz, więc zderzenie z ichniejszą kuchnią było dla mnie czymś zupełnie nowym. Zdarzało się oczywiście przejechać przez kraj pepiczków, ale żeby u nich zjeść – nie bardzo. Swoją drogą… zachodzę chwilami w głowę czy tylko mi Czechy kojarzą się z krainą krasnoludów? No bo popatrzcie… małe państwo, małych ludzi, z miastami w górach i lasach. Do tego ciężkie jedzenie, umiłowanie broni i piwa. Taki swoisty Nidavellir, trzecia warstwa Ysgardu.

Wracając jednak na Midgard… znaczy ziemię! Moje decyzje zakupowe u południowych sąsiadów były średnio udane. Pierwsze, co udało mi się zamówić, to zupa ziemniaczana z rogalikiem, gulasz na ostro z knedlikiem i ciemne piwo. Wszystko to w Havelskiej Korunie. Zupa ziemniaczana była przeciętna, od tak jak z polskiej stołówki. Z gulaszem trochę lepiej, choć żałuję, że Pani za ladą mnie nie zrozumiała i dostałem łagodny zamiast ostrego. Wersja na cieniasów wyglądała jak zwykła potrawka z warzywami i pieczarkami. Z zazdrością więc patrzyłem, jak na czole Kizia skrapla się pot, a w jego pępku powstaje oczko wodne.

DSC04884 (Kopiowanie)

DSC04885 (Kopiowanie)Drugi przystanek żywieniowy to prawdziwe nocne życie stolicy. Wracając z imprezy szukaliśmy jedzenia. Kusiły nieliczne kebaby (Czesi są mądrzy i nie kupują kebsów – kupując kebaba osiedlasz Araba), a my błąkaliśmy się głodni po mieście. Trafiliśmy jednak na budkę z kiełbasami. Do wyboru Praskie, Staropraskie, Białe, Frankfurckie i chyba o czymś zapomniałem… Niemniej jednak, bardzo smaczne! Zdecydowanie bardziej sycące i praskie niż tortille, kebsy czy burgery.

DSC05320 (Kopiowanie)
Mekka praskiego street foodu

Kolejny obiad to najgorsza decyzja tego wyjazdu. Nie znając czeskiego, ale rozszyfrowując na karcie takie słowa jak „danie babuni” oraz „mięso i żurawina” postanowiłem się skusić. Kto mógł podejrzewać, że tradycyjne czeskie danie, to mięso oblane bitą śmietaną oraz żurawiną, zwieńczone cytryną, a to wszystko w towarzystwie jasnego sosu o marchewkowym posmaku. Mam nadzieję, że nie muszę komentować smaku. Po prostu omijajcie lub spróbujcie upichcić w domu i wyślijcie nam zdjęcie jak przytulacie klozet.

DSC05267 (Kopiowanie)

DSC05270 (Kopiowanie)Jak większość redakcji rozpływałem się najbardziej przy trzecim obiedzie. Zupa gulaszowa o specyficznym kwaskowatym smaku, oraz sam gulasz na drugie to najlepsze decyzje żywieniowe wyjazdu. Temat wyczerpała MruMru, a jeżeli dotarłeś do tego miejsca w tym tasiemcu, to i tak wiesz już wszystko.

  • Ada Bubieńczyk

    Mięso z bitą śmietaną. Serio. Czesi wow 😀

  • Justyna Mleczak

    to nie jest bita śmietana. to kleks śmietany, generalnie bez specjalnego smaku, w każdym razie – na pewno nie na słodko. ; )