Wyszukiwarka

Spice House (Poznań)

Dobre jedzenie i fajne miejsce, choć trochę trzeba tu jeszcze poprawić.

Ulica Kraszewskiego kulinarnie może kojarzyć się z najlepszym kebabem w mieście, ew. Knajpką na Fyrtlu. Mało kto jednak wie, że idąc tą ulicą w stronę Bukowskiej, trafi się na nowo otwartą miejscówkę – Spice House – specjalizującą się w kuchni bengalskiej.

Pod wieloma względami przypomina ona kuchnię indyjską, która w Poznaniu nie jest zbyt popularna. Dobrze się stało, że pojawiła się kolejna knajpka tego typu. Tym bardziej, że Spice House oferuje swoje potrawy w naprawdę niskich cenach, co na tle konkurencji mocno ją wyróżnia.

Teoretycznie w tygodniu lokal otwiera się o godz. 12. W praktyce wygląda to nieco inaczej – za pierwszym razem pojawiam się ok. godz. 12.45, za drugim pół godziny później i w obu przypadkach „całuję klamkę”. Co z tego, że po chwili otwiera mi uśmiechnięty Bengalczyk, skoro w kuchni nic jeszcze nie jest przygotowane, przez co dość długo czekam na swoje zamówienie? Po pierwsze, w tego typu knajpie jedzenie powinno być wydawane szybko, bo to nie restauracja, w której się siedzi i celebruje posiłek. Po drugie, zawsze wydawało mi się, że godzina otwarcia lokalu to godzina, o której można zacząć składać zamówienia, a nie taka, w której pierwszy pracownik pojawia się na miejscu i leniwym krokiem zaczyna przygotowania do dalszego dnia.

20160216_130346~2

Skoro już poruszam negatywy, to przejdę do kolejnych. W Spice House jest bardzo chłodno. Okej, dania są na pikantne, więc mocno rozgrzewają, ale czeka się na nie na tyle długo, że można zdążyć zmarznąć. Grzejniki są, wystarczy je podkręcić! Druga irytująca mnie sprawa to plastikowa „zastawa”. Ponoć wynika to z ograniczeń przepisów BHP, ale prezencja curry na plastikach jest po prostu fatalna. Mam nadzieję, że w erze, w której na równi z samym jedzeniem liczy się też jego fotogeniczność i potencjał zdobywania polubień na Instagramie, nie wpłynie to negatywnie na powodzenie lokalu.

Bo Spice House zasługuje na to, by był odwiedzany. Właściciel tego miejsca trochę chyba tak mimochodem tworzy jego intrygujący klimat. Raz, że po polsku zna prawdopodobnie tylko jedno słowo („a little bit ostry” odnośnie curry), więc cała komunikacja musi zachodzić po angielsku. Dwa, że do gotowania puszcza sobie bengalską (a może indyjską?) muzykę rodem z Bollywood. Nie brakuje też dekoracji mniej lub bardziej udanie nawiązujących do tamtego rejonu świata.

Ale klimat to rzecz drugorzędna. Liczy się żarcie. A to jest nie tylko tanie, ale i smaczne. Przy pierwszej wizycie zamawiam curry z kurczaka. 15 zł to uczciwa cena za wielkość talerza, który po +/- 20 minutach ląduje przed moim nosem. Pięknie nie wygląda, ale smakuje bardzo dobrze. Ryż dobrze przygotowany, kurczak odpowiednio doprawiony (jest „a little bit ostry”, chilihead musiałby poprosić o więcej ognia), a wszystko uzupełniają spora ilość liści szpinaku. Do curry dostaję indyjskie chrupki z sosem miętowym. Jeśli komuś będzie za ostro, to fajnie przełamują smak. Wszystko popijam mango lassi – smaczne, aczkolwiek brakuje mi w nim jakichś przypraw, np. kardamonu. Ale może w Bangladeszu w przeciwieństwie do Indii się ich nie używa?

20160216_131351~2

20160216_131544~2

Podczas drugiej wizyty ryzykuję. Zamawiam dwa dania, których nazwy nic mi nie mówią. Oczywiście, mógłbym zapytać sympatycznego Bengalczyka, co to takiego, ale mój angielski jest mocno średni, więc wolę jednak zaryzykować.

„Fish fry”, za które zapłaciłem całe 10 zł, okazuje się talerzem pełnym doprawionego curry ryżu, przełamanego kawałkami ryby i warzywami. Na lunch powinno zapchać w sam raz, smakuje to całkiem nieźle, więc za dyszkę to prawdziwa okazja. Nie jest to danie, na które chciałoby się tu wracać (curry takie jest), ale niska cena kusi mocno!

20160217_135331~2

20160217_135449~2

„Curry snack” to jednak prawdziwy hit! Ot, taka mała tortillka, która nafaszerowana jest curry z kurczaka i wołowiny. Dużo przypraw, szpinak do tego i jest syto. Z jednej strony trochę brakuje jakiegoś sosu – czegoś lejącego, dbającego o „wilgotność” tego zawijasa, z drugiej – dzięki temu człowiek ma małe szansę tym się uświnić. Najlepsze jest jednak to, że taki curry snack kosztuje 8 zł. Trudno jednym najeść się „obiadowo”, ale na solidną przekąskę będzie jak znalazł. A przecież zawsze można zamówić dwie porcje, zapłacić 16 zł (również niewiele, prawda?) i najeść się do syta.

20160217_140254~2

20160217_140452~2

20160217_140507

20160217_140441~2

Gdy kolejka do Kraszkebaba jest za długa i znudziło Ci się żarcie z Knajpki na Fyrtlu i Brocci, warto podejść te parę metrów i wypróbować, co takiego Spice House ma w zanadrzu. Póki co nie jest to miejsce, które może konkurować z klasykami z Kraszewskiego, ale ma w sobie spory potencjał. Smacznie, niedrogo i inaczej niż wszędzie. Jeśli wspomniane wcześniej mankamenty zostaną wyeliminowane, to wieszczę sukces. Oby się udało!

 

Lokalizacja: Kraszewskiego 24, Poznań | fanpage

Ceny:
* curry z kurczaka – 15 zł
* mango lassi – 8 zł
* fish fry – 10 zł
* curry snack – 8 zł

Smakowitość:

curry 80%
mango lassi 70%
fish fry 70%
curry snack 88%

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: bangla!

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
3.67/5 (9)
Ja oceniam na...

  • wygląda okropnie, ale dobrze, że smakiem nadrabia

  • Jachuu

    Jeżeli mentalność ludzi w Bangladeszu jest zbliżona do hinduskiej, to ciesz się że w ogóle przyszedł 😉 taki już z nich naród 😉

    • Domyślam się, że to mogą być tzw. „różnice kulturowe”. 😀

  • O co kaman z przepisami bhp wymuszającymi plastik?

    • Pewnie do zmywaka musi być osobne pomieszczenie czy coś. 😉

      • Marcin Nowakowski

        W Knajpce Na Fyrtlu talerze są ceramiczne, ale sztućce już plastikowe, podpytałem o co loto i okazało się, że nawet do sztućcy musi być osobne pomieszczenie albo zlew (?), jednym słowem patologia uniemożliwiająca normalne zjedzenie kaczki 😉