Wyszukiwarka

Owacja Slow (Poznań)

Owacja na stojąco!

Przyznam się szczerze, że nie przepadam odwiedzać takich miejsc. Ja to prosty chłopak jestem i jeśli wybieram, co mam zjeść, to są to raczej rzeczy, które da się nazwać jednym słowem. Burger, pizza, ramen, makaron, pierogi, boczek. Nie że nie lubię kombinacji, czy nowych i ciekawych smaków, ale zazwyczaj idąc gdzieś na obiad, chcę wiedzieć konkretnie, czym dobrym się dziś uraczę.

A w przypadku Owacji Slow tej pewności nie miałem. Bo menu zmienia się codziennie i słysząc jednego dnia pozytywną opinię o knajpie, nazajutrz może mi zostać przedstawiona całkiem inna oferta, w której nie znajdę nic dla siebie. Bo to kuchnia niby polska, regionalna, ale autorska, czerpiąca z dość zapomnianych pomysłów, a czasem zapomina się o nich także dlatego, że były nieudane. Bo „slow” w nazwie mnie trochę niepokoi – nie wiem w końcu, czy nie oznacza to przerostu formy nad treścią, jak to czasem bywa. I tak dalej, i tak dalej.

Kiedy już jednak do takiej knajpy się wybiorę, co mówiąc szczerze nie zdarza się za często, to bywa – nie zawsze, zależy to od tego jednego konkretnego lokalu – że wychodzę z niej z myślą „oj Maciej, tyś chłop prosty i durny, częściej byś do takich miejsc chodził, a nie ciągle ten street food i Azja”. Tak było chociażby w przypadku Oślej Ławki, o której niemal zdążyłem zapomnieć (bo ganiałem za burgerami i pizzami) i tak jest teraz, gdy dwukrotnie odwiedziłem Owację Slow.

Obejrzyj video z Owacji Slow i zasubskrybuj mój kanał na YouTubie

Powód? Trudno nie docenić tego, co się w takich miejscach wyczynia. W kuchni zawsze siedzi człowiek z kulinarną pasją (którą przekuwa w ciekawe smaki), umiejętnościami (dzięki którym są one nie tylko ciekawe, ale też sprawiają, że jemy z uśmiechem na ustach) i brakiem kompromisu, wypisanym nie tyle na twarzy, co przejawiającym się w selekcji produktów – świeżych i wysokiej jakości.

Skutkuje to tym, że nawet jeśli zamówicie danie, które Wam nie posmakuje, to wiecie, że to wyłącznie sprawa Waszego gustu, a nie wina kucharza, kiepskiego jakościowo mięsa, czy warzyw „po terminie przydatności do spożycie”. Na takiej knajpie nie stawiacie krzyżyka, nie wystawiacie jej jednej gwiazdki na Facebooku i nie mówicie o niej wszystkim swoim znajomym, że to totalna tragedia, na którą nie warto tracić czasu zyskanego na pisanie „Cb” zamiast „Ciebie” w konwersacjach na Messengerze.

screenshot_2016-11-28-17-56-25-02

Mówię to na swoim przykładzie, bo w Owacji Slow jem m.in. kaszę gryczaną z pieczarkami, wegańską śmietaną i brukselką – danie mdłe, dość jednostajne i totalnie nie dla mnie. Zamawia je Sonia, ja trochę próbuję i wiem, że nigdy w życiu – jeśli pojawiłoby się w menu w inne dni – bym go już nie zamówił. Nie wszyscy jednak szukają wyrazistych smaków i gdybym był taką osobą, najpewniej płakałbym ze szczęścia.

Łezkę prawie uroniłem przy śniadaniu – omlecie z dojrzewającym kozim serem i miodem, który był póki co chyba najlepszą poranną propozycją, jakiej próbowałem w Poznaniu. Pamiętajcie, że to wyznanie człowieka, dla którego śniadanie bez bekonu jest niemal zawsze niepełne, mniej smaczne i pozbawione wszelkiego sensu. Zwykły omlet z jajek, mocny i charakterystyczny ser od kozy i słodycz miodu wystarczyła, bym zapomniał na chwilę o boczku i cieszył się każdym kęsem jak ktoś, kto nie jadł od tygodnia. Jeśli miałbym wskazać potrawę, która nigdy przenigdy nie powinna znikać ze zmieniającego się jak w kalejdoskopie menu Owacji Slow, to właśnie byłoby to danie.

screenshot_2016-11-25-18-36-03-02

W każdej nowej karcie są także podpłomyki. To taka słowiańska wersja pizzy – ciasto bardziej chrupie i mocniej się kruszy, ale w dużym uproszczeniu to ta sama bajka. W dzień, w którym odwiedziłem Owację Slow, serwowano wersję z indyczą wątróbką, cebulką i śmietaną. Proste i pyszne, choć oczywiście trzeba lubić podroby. Jak na mój gust, można byłoby dodać tu jakiś słodki akcent, ale ja jestem lekko skrzywiony, bo zawsze w ten sposób wątróbką karmiła mnie mama.

Patrząc na zdjęcia pewnie martwicie się rozmiarami porcji. Cóż, macie rację – są one raczej niewielkie. Takim jednym podpłomykiem w życiu bym się nie najadł. Do dania głównego koniecznie trzeba zamówić zupę. Do godz. 17 możecie zrobić to w zestawie lunchowym, co generalnie mocno się opłaca – kosztuje on tylko 18 PLN. Próbowałem dwóch różnych – kwaśnego żurku z białą kiełbasą i jajkiem (którego może nie nazwałbym moim najlepszym żurkiem gdziekolwiek i kiedykolwiek, ale z chęcią zamówiłbym jego drugi talerz) oraz lekko pikantny krem z pieczonych pomidorów i korzeni – też bardzo smaczny, nawet nie wiem, czy nie lepszy.

screenshot_2016-11-28-17-55-11-02

Na koniec można, choć nie trzeba, dopchać się ciastem. Sernik z polewą z czarnych porzeczek i bezglutenowym, kruchym spodem robi na mnie dobre wrażenie (spód nie ma glutenu, a smakuje jakby go miał aż nadto!), choć podobnie jak z żurkiem nie jest to mój top topów. Do gustu przypada mi też ciasto marchewkowe, które już nie do końca leży Soni – przede wszystkim ze względu na cytrynową polewę, choć wydaję mi się, że wpływ na taki stan rzeczy mogłoby mieć również to, że w smaku jest mniej korzenne niż w innych miejscach.

screenshot_2016-11-28-17-58-05-02

Przepraszam, że tak słodzę, ale już przestaję i przechodzę do wad. Przede wszystkim, czas oczekiwania – przynajmniej w sytuacji, gdy nie jesteśmy jedynymi klientami – ma wiele wspólnego z drugim członem nazwy lokalu. Zazwyczaj w knajpie spędzam godzinkę, która w Owacji Slow przedłużyła się jeśli nie dwukrotnie, to przynajmniej o połowę. W takiej sytuacji nie pomagają ani czekadełka (dobry pasztet!), ani świadomość tego, że jedzenie będzie świeże. Tym bardziej że – wykładam na stół drugi minus – w knajpie jest dość zimno, czego chwilę po zjedzeniu zupy nie czuję, ale już po dwóch chwilach trochę mi zimno w stopy.

screenshot_2016-11-25-18-37-23-02

Wnioski nasuwają się same: w nowiutkiej knajpie przy Rynku Jeżyckim trzeba poprawić organizację na kuchni, podkręcić ogrzewanie i karmić dalej tak samo w duchu slow foodu. Nigdy nie będzie to kuchnia dla każdego, ale zawsze wysokiej jakości. Sam pewnie w natłoku „bardziej moich” propozycji za jakiś czas na chwilę zapomnę o Owacji Slow, tak jak stało się to z Oślą Ławką, za co bardzo przepraszam, ale to niestety ten durny, prosty chłop we mnie. Nie do końca jestem targetem, pardon, grupą docelową, ale gdybym nie docenił tego miejsca, to byłbym nie dość, że durny, to jeszcze głupi.

Proszę, nie bądźcie głupi i dajcie szansę – jak nie przypadnie do gustu, co może się zdarzyć, to trudno. Dla mnie Owacja Slow na chwilę obecną jest jednym z najciekawszych, jeśli nie najciekawszym elementem jeżyckiej gastronomii. Smacznego!

Lokalizacja: Rynek Jeżycki 3, Poznań | fanpage

Ceny:
* zestaw lunchowy – 18 zł
* śniadanie – 14 zł
* ciasto – ~ 10 zł

Smakowitość:

kasza 40%
omlet 95%
podpłomyk 80%
żurek 85%
krem 80%
sernik 85%
ciasto marchewkowe 80%

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: jednym daniem się nie najesz

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
4.44/5 (9)
Ja oceniam na...

  • Ewa Dworczak

    Ja już się zbieram od jakiegoś czasu, żeby tam dotrzeć, bo już dłuższy czas temu Paweł Opydo polecał to miejsce. Ciasto ze zdjęcia mnie urzekło, bo przypomina mi najlepsze ciasto, jakie w życiu jadłam, które robi mój kolega z poprzedniej pracy. 😉 Ale poczekam jednak na podkręcenie ogrzewania, bo mam niedobór tkanki tłuszczowej, więc skoro Ty zmarzłeś, to ja zamarznę (żeby nie zostało to źle odebrane – to przytyk do mojej wagi ;)).

    • W stopy zmarzłem. W brzuch nie. 😉

      • Ewa Dworczak

        Mi najczęściej dłonie marzną. I co dziwne – jeśli zmarzną mi dłonie, to cała się czuję zmarznięta. Teraz noszę kozaki, ale czasami nawet w kozakach marzną mi stopy, a wtedy to już w ogóle jest dramat. 😉 Ale dla tak wyglądającego jedzenia chyba jednak warto zaryzykować. 😉

  • SmutnyBrodacz

    Macieju, weryfikując Twoje obawy, podzielę się z Tobą swoim dzisiejszym doświadczeniem z restauracją Owacja Slow.
    W pierwszej kolejności mogę pokrzepić, że nie było dzisiaj tam tak bardzo zimno, jak opisujesz. Ja osobiście czułem się dobrze pod względem temperatury, a termostat/termometr za ladą wskazywał 20 stopni Celsjusza. Ponadto, obsługa była bardzo pozytywna, zatem myślę, że jeśliby któryś z klientów marznął i poprosił o zwiększenie temperatury, to raczej bez oporów by się zgodzili 🙂
    Z czasem oczekiwania też nie było źle, mimo że zjawiłem się tam o dość obleganej porze – między 14 a 15. Było sporo ludzi w lokalu, a do tego moje zamówienie było dość rozbudowane, a mimo wszystko większość została zrealizowana w ciągu pół godziny.
    Do zamówionego przeze mnie śniadania, czyli jajecznicy z borowikami nie mam żadnych zastrzeżeń. Otrzymałem jajecznicę dość szybko i nie zdążyłem się nawet znudzić. Było smacznie i muszę przyznać, że wbrew moim oczekiwaniom, mój głód zanikł już przy tym daniu. Pozostał mi już jedynie niezaspokojony apetyt na mięso (ciężkie życie mięsożercy). Całe szczęście, nie musiałem długo czekać na wydanie mi zupy z mojego zestawu lunchowego. Pyszny plasterek boczku w kremie z ziemniaka uspokoił mój mięsny głód na najbliższe pół godziny, a krem, który moim zdaniem mógłby być jednak nieco bardziej pieprzny, byłby w stanie samodzielnie dobić osłabiony już śniadaniem apetyt. Musiałem jednak zrezygnować z zupy przed jej skończeniem, aby znaleźć miejsce jeszcze na tak zwane drugie danie (choć w tym wypadku to chyba trzecie).
    I tutaj właśnie ma miejsce punkt kulminacyjny tej opowieści. Śniadanie i zupę wydano mi w ciągu pół godziny od zamówienia. Na główne danie musiałem jednak czekać prawie godzinę… Czyli tyle, ile sam w powyższym tekście uznałeś za normę 🙂 Dodatkowo wartym uwagi jest fakt, że w ramach przeprosin za długi czas oczekiwania, zostałem obdarowany w międzyczasie kawałkiem ciasta – całkiem smacznym, swoją drogą 😉
    Swą przydługawą opowieść, noszącą znamiona recenzji, zakończę opisem głównego dania i pewnym pomysłem, który łączyłby jednocześnie Twoje zastrzeżenia z moimi. Otóż miałem okazję zjeść podpłomyka ze śmietaną i smażoną wątróbką drobiową z cebulką. Bardzo spodobała mi się wizja takiej „polskiej pizzy” z polskimi dodatkami. Wątróbka sama z siebie smakowała przepysznie, tak jak i cała reszta kompozycji. Miewałem jednak momentami wrażenie, że nieco bardziej wymagający język może się znudzić w trakcie jedzenia. Dowodem na to może być choćby Twoja uwaga odnośnie „słodkiego akcentu”, który mógłby według Ciebie poprawić doznania smakowe. No mój język nie jest aż tak wymagający, by żądać mięsa na słodko, ale inspirując się porównaniem do pizzy, pomyślałem sobie, że fajnie by było, gdyby menu zostało uzupełnione o jakieś autorskie sosy na bazie polskiej kuchni. Moja osobista wątróbkowa fantazja zawiera jednak dość typowy dla pizz sos czosnkowy, ale z chęcią wypróbowałbym jakichś nowych smaków sosów, wśród których mogłaby się znajdować także jakaś słodka wersja, trafiająca w Twoje podniebienie 🙂
    No ale nie polegałbym specjalnie na swoich nieprofesjonalnych opiniach, bo co ja tam się znam na gastronomii, skoro ja nawet nie mam (jeszcze) kuchni w mieszkaniu 😀

    Pozdrawiam,
    SmutnyBrodacz (chwilowo bez brody 😛 )

    • Ada

      No prawie uwierzyliśmy, że jesteś zwykłym, przypadkowym klientem 😉

      • SmutnyBrodacz

        Ej, ale ja serio jestem zwykłym, przypadkowym klientem 😀
        Tylko jeśli chodzi o ciasto, to możliwe, że je dostałem, bo bawiłem się smartwatchem i mogli uznać, że tak bardzo kontroluję czas 😛

        • A to jeśli ktoś pisze dłuższy komentarz, to nie może być zwykłym, przypadkowym klientem?

          • Ada

            Może. Tylko rzadko sprawdza temperaturę za ladą 😉 Ale oczywiście się zdarza!

          • Może termostat w Owacji Slow jest w widocznym miejscu? 🙂 Mi nie zapadł w pamięć, ale przy następnej wizycie to sprawdzę. 😉

          • SmutnyBrodacz

            Jest na ścianie na wysokości oczu między drzwiami za ladą. Tak przynajmniej zapamiętałem.
            No i napisałem termostat/termometr bo nie znam się na technice i mogło to być równie dobrze jedno, jak i drugie :p
            A swoim doświadczeniem podzieliłem się nie po to, by sugerować Maćkowi, że głosi nieprawdę, a po to by zrelacjonować mu sytuację po publikacji jego artykułu – możliwe że wzięli sobie jego uwagi od razu do serca 🙂

      • Tomek Markowski

        „zatem myślę, że jeśliby któryś z klientów marznął i poprosił o zwiększenie temperatury, to raczej bez oporów by się zgodzili :)” i do tego jasnowidz…