Wyszukiwarka

Mówish Mash (Poznań)

Wilda wciąż mnie zaskakuje.

Na początku swojej przygody z Poznaniem wiele się nasłyszałem o tym fyrtlu. Na tyle, że kiedy mój znajomy, który jest w połowie Wietnamczykiem, trafił przypadkiem na Wildę, kazałem mu w podskokach z niej uciekać (nie owijając w bawełnę, krzyknąłem mu przez telefon, żeby „szybko stamtąd spierdalał”). Gdybym wtedy powiedział jakiemuś tubylcowi, że za 5 lat po sąsiedzku wypije matchę latte w kawiarni, w której regularnie odbywają się konwersację po angielsku i hiszpańsku, to najprawdopodobniej usłyszałbym w odpowiedzi, że nic nie wie o gender, ale jest na nie, chyba że dwie dziewczyny, to wtedy spoko.

Wilda w ostatnich latach bardzo się jednak zmieniła, obrastając w wyjątkowe miejsca. Kolejnym wartym uwagi jest Mówish Mash – kawiarnia prowadzona przez Barbarę – Basię? – na św. Czesława, rzut beretem od kultowych już Suszonych Pomidorów.

Na tle innych kawiarni wyróżnia ją Strefa Ucznia, w której możemy wziąć lekcję z angielskiego, hiszpańskiego lub rosyjskiego. Wiecie, przychodzimy niby na kawkę, niby na serniczek, a przy okazji uczymy się rozmawiać (główny nacisk kładziony jest na konwersacje) w obcym języku. Z tej możliwości nie skorzystałem, więc oczywiście nie mogę ręczyć za poziom takich lekcji. Wiem jednak, że Basia spędziła trochę czasu na nauce angielskiego w Tajlandii – trudno powiedzieć, czy są to wystarczające referencje.

Mam jednak 100% pewności, że warto odwiedzić Mówish Mash ze względu na to, co można tam zjeść i wypić. Jeśli czytacie mnie dłużej, to zdajecie sobie sprawę, że nie jestem amatorem kawy – połowa menu ciepłych napojów z miejsca więc odrzucam, choć niektóre wydają się wręcz intrygujące.

Wśród nie-kaw jest m.in. matcha latte. Matcha to rodzaj sproszkowanej, zielonej herbaty. Jeśli jedliście kiedyś coś o jej smaku (np. lody czy ciasto), to na 99% powstało ono przy użyciu właśnie matchy. Co ciekawe, proszek ma nieco inny smak niż zielona herbata z liści tuż po zaparzeniu. A czym jest matcha latte? Niczym innym jak ciepłym napojem na bazie matchy z dodatkiem mleka o charakterystycznym, nieco ziemistym posmaku. Cieszę się, że w końcu udało mi się go wypić, w dodatku w Poznaniu, czego jeszcze niedawno bym się nie spodziewał. Mnie smakuje, choć jestem przekonany, że matcha latte nie przypadnie do gustu każdemu.

O wiele bezpieczniejsze jest kakao na życzenie dodatkowo słodzone lub nie. Polecam jednak się z tym wstrzymać, bo na górę każdego kubka sypie się marshmallows. Warto chwilę poczekać – wtedy pod wpływem ciepła pianki zaczynają się rozpuszczać, a ich smak miesza się ze smakiem kakao. Po prostu coś pięknego.

Ale NAJPIĘKNIEJSZY w Mówish Mash jest zdecydowanie sernik. Taki klasyczny, nie że jakiś posmak mango, czekolady czy dodatek Oreo, choć i takie ciasta tutaj się zdarzają. Przy pierwszej wizycie skuście się jednak na sernik w wydaniu tradycyjnym. Po pierwsze dlatego, że wygrał on Festiwal KAWY (to takie wydarzenie, w czasie którego ludzie zajarani kawą i słodkościami chodzą od kawiarni do kawiarni, piją kawę, jedzą słodkości, a później je oceniają). Po drugie, bo ja – ogromny wielbiciel serników – mówię Wam, że to jest pyszny sernik, jeden z najlepszych w Poznaniu. Nie wierzcie mi na słowo. Idźcie i sami się przekonajcie.

Możecie tu też zjeść na słono, są choćby kanapeczki na pieczywie z Pracowni GODNY. Ja próbuję tarty z buraka z dodatkiem pomidorków koktajlowych – smakuje w porządku, lecz na pewno to nie jest ta rzecz z menu, na którą warto tutaj przyjść. Raczej skosztujcie ją „tak przy okazji”.

Bo że odwiedzić Mówish Mash warto, to więcej niż pewne. Jest pomysł na kawiarnie, są rzeczy w menu, których nie dostaniecie nigdzie indziej, jest sernik-rewelka. A poza tym: po prostu miło spędzicie tu czas. Polecam.

Lokalizacja: św. Czesława 16, Poznań | fanpage

zakres cen: 10-20 PLN

Ocena Ogólna

Dobra knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
4.67/5 (45)
Ja oceniam na...

  • Mam doniesienia z Krakowa, że bardzo popularne są tam takie tarty na słono i bardzo się cieszę, że w Poznaniu to też można gdzieś dostać, bo dla mnie to najlepsze jedzenie pod słońcem 😀 Hmmy, nie wiedziałam, że Wierzbięcice to Wilda, ale chodząc tam rzeczywiście miałam wrażenie, że może to być interesująca dzielnica 😀

  • Marek Dębowski

    Zagramanicą w starbuksie ten specyfik nazywał się Green Tea Latte, zieloną herbatę lubię, latte też więc wziąłem zaintrygowany… I masz rację. Są ludzie którym to ustrojstwo nie podejdzie. A zazwyczaj jestem tolerancyjny i nawet kożuch z mleka zjadam…