Wyszukiwarka

MOMO (Poznań)

Czy w Poznaniu da się zjeść świeże owoce morza? Mało tego, że się da, to są one jeszcze świetnie przyrządzone.

Wystarczy pójść na ul. Szewską, do MOMO love at first bite, gdzie owoce morza są specjalnością. My zostaliśmy zaproszeni na środę, czyli dokładnie wtedy, kiedy do lokalu dociera dostawa wspaniałości wyłowionych z wody. Jak głosi menu, owoce morza trafiają do MOMO jeszcze żywe. Świeżej się nie da.

Mamy we trójkę do wykorzystania 150 zł, więc dogadujemy się z kucharzem, że będzie nam robił nieco mniejsze porcje, żeby spróbować większej ilości dań. Dobrze pomyślane.

Zaczynamy od przystawek, które wbrew temu, co przed chwilą napisałem, są normalnej wielkości. Z Kiziem zamawiamy kalmary w cieście dla dwóch osób. Do tego dwa robione na miejscu dipy: słodko-ostry (w stylu kultowych sosów TaoTao, tyle że lepszy) oraz jogurtowy, lekko kwaskowy, z nutą limonki. Oba doskonale komponowały się zarówno z kalmarami, jak i z ciastem, które zdarza się jeść bez kałamarnic – czasem się z niego po prostu wyślizgują. Nic nie szkodzi, bo ciasto samo w sobie jest smaczne. A kalmary? Cóż, lekko gumowate, jak to kalmary.

DSC_0308

DSC_0306

Nie zraża mnie to jednak zupełnie, bo i w następnej potrawie główną rolę odgrywa kalmar. Zamawiam ragout z tego owocu morza. Podawane jest ono z lekko pikantnym, żółtym ryżem oraz sałatką z pomidora i rukoli muśniętą nieco musztardowym, acz orzeźwiającym dressingiem. Samo ragout określiłbym jako „cud-miód-palce-lizać”. Poza kalmarem pływa w nich najprawdopodobniej cukinia oraz zestaw ziół. Sos z jednej strony przechodzi delikatnością kalmara, z drugiej jest na tyle dobrze doprawiony, że nie jest mdły i po kilku kęsach zaskakuje zadziornością. Po skonsumowaniu ragout z kalmara wiem, że do MOMO będę wracać i wracać, by spróbować jak najwięcej potraw, ale gdy już wszystkie poznam i skosztuję, jeszcze raz sprawdzę to, co podczas pierwszej wizyty. Tutejsze ragout na to zasługuję.

DSC_0324

Po daniu głównym, wszyscy we trójkę dostajemy talerz pełen smażonych na patelni krewetek z czosnkiem, chili i pietruszką, wzbogacony o mule, których wprawdzie nie zamawialiśmy, ale w międzyczasie dojechały do restauracji i szef kuchni chciał je nam pokazać. Jeśli chodzi o krewetki, wielokrotnie próbowałem podobne zrobić w domu, zawsze jednak przesadzałem z ilością czosnku, no i korzystałem z mrożonek. Różnica jest naprawdę wyczuwalna. Z kolei mule mają ciekawy, delikatny smak, o który jeszcze trzeba powalczyć, rozłupując ich skorupki.

DSC_0343

Na koniec przychodzi pora na deser. Zaproponowane zostaje nam cafe gourmand, czyli zestaw 3 mini deserów (oryginalnie podawany z kawą), którymi się dzielimy między sobą. Mi przypada chyba najgorsza z opcji – co nie znaczy, że niesmaczna – bo szarlotka, a po mojemu jabłecznik. Nie ma w nim w zasadzie nic niezwykłego. No, poza formą podania, bo ciasto skryte jest pod kopułą z karmelu. Wygląda niesamowicie, smakuje po prostu dobrze.

DSC_0351

MOMO robi jednak na mnie kolosalne wrażenie. Owoce morza rzeczywiście są świeże, kucharz zna się na rzeczy, a przy okazji restauracja urzeka wystrojem i sympatyczną obsługą. Też odnieśliście takie wrażenie?

MruMru

[MruMru]

Ja owocami morza mogłabym żywić się codziennie. Nie rozumiem i nie zrozumiem ludzi, którzy ich nie jedzą. Ani nie odstrasza mnie ich zapach, ani konsystencja, ani wygląd – wbrew przeciwnie, to są ich największe atuty. Owoce morza jadłam wielokrotnie, a to na wakacjach we Włoszech, a to w Chorwacji czy w Grecji – wszędzie świeże i pyszne. W domu – niestety z mrożonek. Od restauracji oczekiwałam więc poziomu wysokiego, najbardziej bałam się, że wszystko może smakować tak samo. Na szczęście moje obawy się nie spełniły.

Na przystawkę zażyczyłam sobie przegrzebka smażonego na maśle szałwiowym podanego na makaronie ryżowym w curry. Odważne połączenie, laik mógłby je spaprać doszczętnie, zmarnować przegrzebka i zasypać wszystko marną przyprawą. Najważniejsze w tej przystawce było to, że każdy smak dało się rozróżnić. Przegrzebek smakował jak przegrzebek. nie był przesuszony ani gumowaty. Mocno czuło się szałwię. Makaron sam w sobie nie miał wyraźnego smaku – ja w ogóle średnio przepadam za wyrobami ryżowymi, ale w towarzystwie dobrze skomponowanych przypraw, razem z przegrzebkiem tworzyli piękną, smaczną i sytą (!) przystawkę.

DSC_0314

DSC_0312

Spróbowałam również kalmarów od chłopaków. Sam kalmar może zbytnio się nie wyróżniał, ale ciasto było genialne! Puchate i mało tłuste. Duże wrażenie zrobił na mnie sos z limonką. Słodkie chili, tak jak napisał rednacz, smakowało jak słodkie chilli TaoTao, tylko lepsze.

Daniem głównym było u mnie bucattini z ośmiorniczkami baby, przyprawione czosnkiem, chilli i kolendrą, a to wszystko w sosie winnym. Jeśli wiecie, jak smakuje makaron aglio e olio, smak tutaj jest podobny, ale urozmaicony o lekko palące chilli, kolendrę i lekko przebijające się wino. Ośmiorniczki były znakomite. Parę razy nacięłam się na ośmiornice, które były gumowate, tu ośmiorniczki były mięciutkie i pyszne. Tego dania nie polecam tylko, jeśli wybieracie się na randkę – czosnku jest bardzo dużo.

 

Jeśli chodzi o mule i krewetki – krewetki poprawne, były bardzo dobre w smaku, miękkie, dobrze usmażone, ale nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Zdecydowanie bardziej smakowały mi mule, które osobiście uwielbiam. Mocno przeszły aromatem i smakiem sosu, łatwo odrywały się od skorupki i nie były w ogóle gumowe.

DSC_0338

Sernik – inny niż ja robię. Bardzo mazisty, mocno kremowy, na spodzie ciasteczkowym. Do tego 2 sosy – truskawkowy i mango, a na wierzchu…. WATA CUKROWA! Taki genialny powrót do dzieciństwa. Ręką i nogą podpisuję się pod tym, że MOMO warto odwiedzić.

DSC_0358

Kiziu

[Kiziu]

Ja w przeciwieństwie do MruMru takim wielkim fanem owoców morza nie jestem. Widocznie ktoś obrzydził mi w dzieciństwie rybki czy coś i chyba źle mi się kojarzy. Dlatego też wypad do MOMO miał być dla mnie złamaniem w mojej głowie pewnego stereotypu, że te morskie żyjątka to są takie bleee i niesmaczne.

Zaczęliśmy od przystawki. Kalmary w cieście. Rzecz dla mnie absolutnie egzotyczna, nigdy ich nie jadłem. W ogóle dla mnie wypad do MOMO był próbą doświadczenia czegoś nowego, dlatego też mój opis traktujcie jako opis gościa, który miał olbrzymią rezerwę do stawianych przed nim na stole potraw.

DSC_0310

Wróćmy jednak do kalmarów. Nie sposób nie zgodzić się z Ewą, że ciasto było przegenialne. Same kalmary można było wyciągać z wnetrza jak makaron spaghetti, ale w trakcie ich jedzenia moja awersja do owoców morza zaczęła drżeć w posadach. To było po prostu cholernie smaczne, a sos sweet chilli zachwycił mnie bez reszty. Poprosiłem o przepis ale cóż… Tajemnica szefa kuchni.

Mi jako główne danie przypadła rzecz absolutnie klasyczna, mianowicie tagliatelle z łososiem i kurkami dodatkowo skropione truflową oliwą. Może przesadziłem z tym „absolutnie klasyczna”, ale sami przyznacie, że żaden ze składników nie wywołuje efektu „WOW”. W kuchni można zepsuć absolutnie wszystko, ale z tym daniem MOMO poradziło sobie perfekcyjnie. Makaron? Idealne al dente. Łosoś? Mięciutki, dobrze przyprawiony i świeży. Kurki? W sporej ilości, wyczuwalne w każdym kęsie, dodawały lekko grzybowego smaku i aromatu. Truflowa oliwa grała bardzo delikatnie, sprawiając, że danie było bardziej wytrawne.

DSC_0335

Jedliśmy też smażone krewetki i mule. Te pierwsze to po prostu bardzo dobre, świeże morskie żyjątka, które jako jedne z niewielu lubię i jadam chętnie. Jednak to mule były dla mnie wielką zagadką. Nieśmiało więc wziąłem jednego, wyciągnałem ze skorupki i zjadłem. Wbrew moim oczekiwaniom nie umarłem, nie skrzywiłem się, ani nie wyplułem mula na twarz rednacza, który siedział naprzeciwko, lecz wziąłem następnego, a później jeszcze jednego, aż na talerzu pozostało już tylko wspomnienie. To było naprawdę dobre. Mule były mięciutkie, kruche i smakowały doprawdy wybornie.

Aby rozepchać nasze żołądki jeszcze bardziej zamówiliśmy desery. Mi w udziale przypadł creme brulee. Jadałem ten deser już wcześniej, ale chyba nigdy nie smakował mi tak jak tym razem. Krem był słodki, lecz miał w sobie nutę goryczy, a cukrowa pokrywa, która był przykryty przyjemnie chrupała. Do tego sam sposób podania na małej drewnianej desce przypadł mi do gustu.

DSC_0363

Do MOMO postaram się wrócić, może na jakąś romantyczną kolacje, aby spróbować wszystkiego co morze ma do zaoferowania. Wam radzę to samo, nawet jeżeli tak jak ja nie macie przekonania do jedzenia stworzeń wyłowionych z oceanu.

Lokalizacja: Szewska 2, Poznań | fanpage

Cena:
* kalmary w cieście – ~30 zł
* przegrzebek – ~25 zł
* krewetki z patelni – 39 zł
* ragout z kalmara – 34 zł
* tagliatelle z łososiem i kurkami – 32 zł
* bucatini z ośmiorniczkami baby – 35 zł
* cafe gourmand – 18 zł

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: morski

Smakowitość:

kalmary w cieście 82%
ragout z kalmara 90%
krewetki z patelni 80%
szarlotka 70%
przegrzebek 80%
bucatini z ośmiorniczkami 75%
sernik 70%
taglietelle z łososiem i kurkami 80%
creme brulee 85%

Wszystkie zdjęcia wykonał Szymon Kiżewski.

Ocena Ogólna

Rewelacja

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
5/5 (1)
Ja oceniam na...

  • espetto

    Ostatnio wszędzie jesteście zapraszani . Nie możliwe jest to aby na 5-6 knajp wszystko wam smakowało , to wygląda po prostu na lizanie **** aby was zapraszali ciągle 🙂

    • Już odpowiadam na tę zarzuty. Wzrost liczby zaproszeń wziął się nie bez powodu: po prostu usiadłem i rozesłałem oferty do wielu restauracji w Poznaniu. Powiedziałem: „Wy nas zapraszacie, my w zamian piszemy recenzję. W 100% subiektywną”. Dużo knajp odpowiedziało i teraz w grafiku mamy parę wizyt-zaproszeń na tydzień w przód.

      Czemu piszemy o tych knajpach dobrze? Bo zapraszają nas dobre knajpy. Po prostu. Zresztą, nie wysyłałem ofert do lokali, o których słyszałem, że są słabe – nie mam czasu jeść słabych rzeczy, wolę jeść te dobre. Właściciele knajp nas zapraszają, bo są pewni, że oferują dobre jedzenie. Gdy ktoś robi tanią masówę to nas nie zaprasza, bo po co mu dobra opinia, skoro z innymi wygrywa np. ceną?

      MOMO jest wprost rewelacyjne, naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić. Ale spójrz na poprzednie recenzje: tekst o Good Time Radio Cafe & Lunch – z którym jesteśmy związani jakby mocniej, bo robimy z nimi konkurs – zawiera przytyk: Chłopowi z Mazur nie smakował zamówiony przez niego sandwich i to napisał. Z kolei przy wpisie o BuffBus Pizza Truck jedzenie wychwaliłem, ale zauważyłem, że wprawdzie jest to związane z wysoką jakością i niepowtarzalnością, ale wciąż jest tak po ludzku drogo.

      Jak dostaniemy coś niedobrego, to o tym napiszemy. Nie ma się co jednak dziwić, że nie zapraszają nas lokale, w których źle karmią – wbrew pozorom właściciele takich miejsc – w przeciwieństwie co pokazują programy Magdy Gessler – o tym wiedzą i zaproszenie nas nie jest w ich interesie.

      Jasne, gdy jesteśmy zaproszeni, to mogą się dla nas postarać lepiej niż dla szarego klienta. Na chodzenie po knajpach incognito jednak nas po pierwsze nie stać (przynajmniej na razie), a po drugie trochę na to już chyba za późno. Mnie niestety coraz częściej rozpoznają.

      Podsumowując: nie liżemy dupy. Pewien konkurencyjny blog ma (miał?) hasło przewodnie: „Karm dobrze albo giń”. My się podpisujemy i żałujemy, że konkurencja wpadła na to wcześniej.

    • Marcin Kot

      Dodam do tego co Maciej napisał – serio uważasz, że jeden/dwa posiłki w tygodniu to coś dla czego warto by lizać d*** i tracić wiarygodność? Mamy do siebie trochę szacunku.