Wyszukiwarka

Maniok (Poznań)

Bez glutenu, bez laktozy, bez smaku? Nie tym razem!

Mam wrażenie, że przetaczająca się przez Polskę i cały świat moda na jedzenie bezglutenowe trochę jakby ostygła. Prawdopodobnie wpływ na to miało to, że nie ma żadnych dowodów na to, że dieta bezglutenowa (uściślając: samo odstawienie produktów bogatych w gluten) rzeczywiście powoduje lepsze samopoczucie oraz spadek wagi.

Wciąż jednak w społeczeństwie pozostają osoby, które glutenu zwyczajnie nie tolerują. Mówiąc inaczej, jedzenie glutenu niekorzystnie wpływa na ich zdrowie. I ta sytuacja raczej prędko się nie zmieni. Tak samo jak sytuacja ludzi nietolerujących laktozy. Współczuję im bardzo, bo to oznacza żadnego mleka, serów, ciast czy naleśników w jadłospisie. Przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka.

Bo wystarczy przejść się do Manioku, by na własne oczy zobaczyć, że można zjeść bez glutenu i bez laktozy, a przy tym bardzo smacznie i… normalnie. Serio, przeglądając ofertę knajpy ani przez chwilę nie czujesz, że serwowane tu dania nie mogłyby być podane w innej dobrej, tyle że w pełni glutenowo-laktozowej knajpie.

Zupę pho (22 PLN) oparto tradycyjnie na makaronie ryżowym, którego gluten się w żaden sposób nie ima. Nudle to jednak jedyny klasyczny element tej zupy, bo cała reszta tego wietnamskiego przysmaku to składniki dalece nietradycyjne. Na tyle, że trudno powiedzieć, czy dalej jest to pho, czy już mocna wariacja na temat tego dania, od której sporo osób domagałoby się innego nazewnictwa. Nie ma tu ani grama mięsa, co już dla wielu może być zniewagą, a jak dodamy do tego brak wyczuwalnego marynowanego czosnku, anyżu czy jakichkolwiek korzennych przypraw, to już robi się nie do przełknięcia.

Ale tylko metaforycznie, bo to generalnie bardzo smaczna zupa. Taki wzmocniony o chili rosołek z ciekawym dodatkiem białej prażonej gorczycy. Talerz takiego „pho” jest bardzo sycący i śmiało może zastąpić danie główne. Pozytywne doznania smakowe trochę zaciera jednak chyba nietrafione nazewnictwo. Kiedy zamawiam pho, spodziewam się czego innego. Z drugiej strony, w menu są dokładnie wypisane wszystkie składniki wchodzące w danie, więc może sam sobie jestem winien?

Podobne wątpliwości nie dręczą mnie przy daniach głównych. Moja karkówka z dzika (49 PLN) z dodatkiem kawy żołędziowej, soczewicy w emulsji maślanej, warzyw korzeniowych, rzodkiewki, groszku zielonego, szczypiorku i żelu z żurawiny była nie tylko zgodna z opisem, ale i bardzo smaczna. Wprawdzie w chwili, gdy pojawił się przede mną talerz uginający się pod nadmiarem jedzenia, byłem lekko zawiedziony, tak po pierwszy mięsnym kęsie zrozumiałem, że przedwcześnie. Na taką karkówkę z chęcią bym wrócił!

Na pewno jednak nie zamówiłbym dorsza (40 PLN), którego jadła Sonia i który był absolutnie zdominowany przez krem z zielonego ogórka z pomidorami. Przynajmniej tak został on nazwany w menu, bo w praktyce był intensywnie pomidorowy, co samo w sobie mi nie wadziło, ale wszystkie inne smaki, na czele z rybą, ginęły w starciu z jego wyrazistością. Jedynie pyszne, pieczone ziemniaki dzielnie mu się opierały. Moja rada: mniej kremu, więcej dorsza.

Być może zwróciliście już na to uwagę, ale pod względem cen w Manioku jest dość drogo. Nie zrozumcie mnie źle: porcje są dużo i sycące, a dania przygotowywane są z dobrych jakościowo składników, więc to musi tyle kosztować. Boli jednak brak tańszych alternatyw w stałej karcie – najmniej za danie główne zapłacimy 38 PLN. Z tego, co zdążyłem się zorientować, w tygodniu w ofercie są zestawy lunchowe (12 PLN zupa, 20 PLN danie, 28 PLN zestaw), ale w weekendy robi się już dość ekskluzywnie, co trochę kontrastuje z bardziej przystępnym wnętrzem. Może warto byłoby wprowadzić coś tańszego (do 25 czy do 30 PLN) do stałej oferty, tak żeby goście mieli jakiś wybór?

Zawiodło mnie też śniadanie. Tym razem jednak nie kompozycją, nie ceną, a wykonaniem. Jaja poche na jarmużu ze szpinakiem (24 PLN), szalotką miodową, czosnkiem, białym pieprzem świeżo mielonym, boczkiem confit i prażonymi pestkami słonecznika na papierze zapowiadały się doskonale, a okazały się… mocno przesolone. Tak bardzo, że gdybym nie był wściekle głodny, to prawdopodobnie bym nie zjadł tego śniadania do końca. Wiecie, już sam boczek z natury jest dość słony, a odniosłem wrażenie, że dodatkowo posolony został szpinak z jarmużem i czosnkiem. Normalnie jakbym lizał sól!

W tej sytuacji nie pomagała nawet rewelacyjna, wyraźnie kwaśna domowa lemoniada (12 PLN). Zdecydowanie jedna z najlepszych w mieście.

Tyle że poza lemoniadą i karkówką z dzika mam co do Manioku mieszane uczucia. Pho, które nie jest pho, dorsz, który utonął w sosie, śniadanie, nad którym rozsypała się solniczka i ceny, nad którymi niejeden portfel zapłacze. Te wszystkie mniejsze i większe potknięcia sprawiają, że choć moim zdaniem sam pomysł na knajpę zasługuję na mocne cztery gwiazdki, tak całościowo, biorąc pod uwagę jego wykonanie, starczy co najwyżej na trzy. Idea jest naprawdę fajna, trzymam kciuki za jej rozwój i poprawienie błędów. Będzie z Manioku jeszcze kawał dobrej knajpy i to już całkiem niedługo – głęboko w to wierzę.

Lokalizacja: Marcinkowskiego 27A, Poznań | fanpage

zakres cen: 30-50 PLN

Ocena Ogólna

Przeciętna knajpa

Wasza Ocena

Oceniacie tę knajpę na:
3.89/5 (18)
Ja oceniam na...

  • Byłam dwa razy – i za każdym razem moje danie było dla mnie za słone, nie wiem czy mam ochotę wracać 🙁 Żal mi, bo teoretycznie to idealna knajpa dla mnie.

    • A co jadłaś? Bo śniadanie dla mnie było rzeczywiście za słone, ale poza tym raczej okej. 🙂

      • Raz jadłam lunch dnia – zupa ok, danie słone.
        Za drugim razem zupa pho
        Karkówka z dzika znajomej była już słona normalnie (tzn. tak jak trzeba)

  • Jak będę w Poznaniu to z chęcią Was odwiedzę 🙂