Cucina (Poznań)

cucina

Dziś odwiedzamy lokal, do którego nie będziemy wracać w każdy weekend. Po prostu nas na to nie stać. Ale w tym przypadku cena jest nierozerwalnie związana z wysoką jakością i doznaniami smakowymi na najwyższym poziomie. To jest restauracja z prawdziwego zdarzenia.

Pewnie z wizytą w Cucinie czekalibyśmy na jakąś szczególną okazję. Na taki moment w życiu, który warto celebrować wydając większą sumę na rewelacyjny posiłek. Wtedy jednak, bez wcześniejszej wizyty zapoznawczej, trochę byśmy ryzykowali. Biorąc pod uwagę naszą obecną zamożność, ryzykowalibyśmy naprawdę wiele. Na całe szczęście City Park, w którym Cucina jest ulokowana, zaprosił nas na degustację i o wysokiej jakości mogliśmy się przekonać, zanim któreś z nas się oświadczy lub obroni magisterkę.

DSC_0480

DSC_0479

DSC_0468

DSC_0466

Na wstępie warto zaznaczyć, że jest to restauracja wszechstronna. Ma menu śniadaniowe, lunchowe i obiadowe oraz bogatą kartę win; prowadzi sprzedaż prawdziwie włoskiej pizzy (również na dowóz), śródziemnomorskich delikatesów, a także wyrobów cukierniczych z własnej pracowni. Co najważniejsze, pełni rolę restauracji mieszczącego się tuż obok pięciogwiazdkowego hotelu. Samo to powoduje, że należy spodziewać się najwyższego, wybitnego wręcz poziomu.

Nasze menu degustacyjne składa się z dwóch przystawek, zupy, dwóch dań głównych, pomiędzy którymi pojawia się oczyszczający nasze kubki smakowe przerywnik oraz z deseru. Dań jest sporo, więc otrzymujemy porcje znacznie mniejsze, żebyśmy nie odpadli z zapełnionym po brzegi żołądkiem już na trzeciej potrawie. Pamiętajcie o tym, spoglądając na zdjęcia.

Set zaczynają przegrzebki w sosie agrestowym podane z jabłkiem antonówką. Już na samym początku zaskakuje mnie zaproponowane połączenie smaków. Przyzwyczajony jestem do owoców morza w towarzystwie czosnku i ziół, agrest jest dla mnie lekkim szokiem. Niestety same przegrzebki są bardzo neutralne w smaku, by nie powiedzieć: nijakie. Tydzień wcześniej przegrzebka jadłem w MOMO i był na mój gust bardziej wyrazisty. Może wynika to z różnicy temperatur podania tego specjału. W MOMO był na ciepło, w Cucinie – na zimno. Towarzystwo sosu agrestowego i jabłka antonówki (nigdy w życiu nie jadłem tak kruchego jabłka) robi jednak swoje, a – jak mniemam – zmielone na wiór orzechy są „wisienką na torcie” tej przystawki.

DSC_0410

DSC_0416

Nie odpoczywamy zbyt długo. Po chwili na stole pojawiają się kolejne talerze. Druga przystawka może nie zaskakuje aż w takim stopniu, ale zachwyca estetyką podania i jakością przyrządzenia. Jemy kiełbaski z gęsiego uda na żytnim zakwasie z kawałkiem razowego chleba i konfiturą z białej cebuli z tymiankiem. Co ważne, każda z wymienionych części składowych potrawy przygotowywana jest na miejscu. Czuć to od pierwszego kęsa. Kiełbaski nie zawierają żadnych zbędnych wypełniaczy obecnych w produktach sklepowych, dzięki czemu same w sobie są bardzo smaczne. Jednak dopiero łącząc je z cebulową konfiturą odkrywamy piękno tego dania. Jeden z moich faworytów wieczoru w Cucinie.

[column]DSC_0425[/column][column]DSC_0423[/column]

Drugi nadchodzi już za moment. Krem z topinamburu zabielany mlekiem z dodatkiem ziemniaków truflowych, oliwy tymiankowej i paskami marchwi. Uprzedzając pytania mniej wyedukowanych w temacie czytelników: topinambur to korzeń, swoją drogą bardzo modny w ostatnich miesiącach w kulinarnej blogosferze. W smaku niepowtarzalny, trudny do uchwycenia i opisania – mi się nie udało go jednoznacznie określić, może łatwiej to przyjdzie MruMru lub Kiziowi. Charakterystyczne dla kremu z Cuciny jest zabielanie mlekiem, co potęguje delikatną, kremową konsystencje, a charakterystyczny posmak laktozy wyczuwalny jest przy każdej kolejnej łyżce.

DSC_0434

Następne danie, pierwsze z dań głównych, aż tak mi nie smakuje, lecz wprawia mnie w lekką konsternację. Oto na talerzu mam żabnicę, rybę zwaną też diabłem morskim. Gotowano ją metodą sous-vide (próżniowo) w 37 stopniach i podano ją z soczewicą, ziołową emulsją i kompresowanym jabłkiem. Zaskakuje z pierwszym kęsem, bo choć pachnie typowo rybą i ma jej konsystencję, to smakuje trochę jak… kurczak. Może nie tyle jak kurczak, co jak żaba, co by poniekąd tłumaczyło jej nazwę. Z dodatków największe wrażenie robi na mnie sprasowane jabłko. Tak jakby całą esencję owocu zmieścić w jednym cienkim plasterku. Niebywałe.

[column]DSC_0441[/column][column]DSC_0439[/column]

Przed drugim daniem głównym czyścimy swoje kubki smakowe sorbetem z rokitnika (patrzcie, jak go podano – też przecieram oczy ze zdziwienia). To taki owoc, który nazywany jest rosyjskim ananasem. I właśnie do ananasa mu w smaku najbliżej, posiada tę samą słodycz. Tyle że po chwili zmienia się ona w całkowicie niespodziewaną goryczkę, by nie powiedzieć: cierpkość. To jest jeden z tych smaków, które zapamiętujesz na całe życie, bo nie potrafisz go przyrównwać do czegokolwiek innego.

DSC_0446

Na zakończenie szef kuchni, Ernest Jagodziński przygotowuje comber z jelenia z brownie torfowym, ziemniaczanymi chipsami i jarzębiną. Danie bardzo wyraziste w smaku, acz nie na każde podniebienie – o jedno i drugie dbają przyprawy korzenne i torfowe brownie, które – jak pewnie niektórzy z Was słusznie sobie wyobrażają – pod względem aromatu przypomina nieco niektóre whisky. Sam comber przyrządzony w punkt, różowiutki w środku. Mięso wręcz rozpływa się w ustach.

DSC_0453

DSC_0449

Finał finałów należy do Przemysława Siekorskiego, działającego również w Cucinie mistrza-cukiernika. Proponuje nam on zestaw 3 mini-deserów, złożony z orzechowego brownie, gałki lodów tiramisu i sernika Philadelphia.

DSC_0465

Zaczynam od tego, co może się roztopić. Zachwyca mnie nie tyle sam lód (nawiasem mówiąc, bardzo wysokiej jakości), co rozsypany pod nim puder cytrynowy. Świetnie komponuje się on ze smakiem tiramisu. Coś pięknego.

Orzechowe brownie, to deser, który ani przez chwilę nie oszałamia. Bardzo dobrze wykonany, trudno się przyczepić do czegokolwiek, ale nie ma efektu „wow”, do czego przyzwyczaiły mnie poprzednie potrawy.

Na koniec zostawiam sobie sernik Philadelphia. Uwielbiam serniki, więc mam wobec niego ogromne oczekiwanie. Nie dość, że zostają one spełnione, to jeszcze gdzieś tak trzykrotnie przebite. Ten sernik jest cudowny. Każdy jego kawalątek, który wylądował w mojej buzi, był prawdziwym niebem dla mojego podniebienia. Jedyna wada: bardzo słodki. Jem naprawdę mały kawałek, a zasłodziłem się na dwa dni. Większy by mnie chyba pokonał.

Choć nie wszystkie przedstawione dania były dla mnie strzałem w dziesiątkę, to trudno nie docenić kunsztu kucharzy. Każdorazowo są to rzeczy niesamowite i przynajmniej smaczne, choć zazwyczaj zwalają z nóg. Wiecie co? Ja chcę jeszcze raz. Podejrzewam, że MruMru i Kiziu powiedzą to samo.

MruMru

[MruMru]

Wizyta w Cucinie to nie jest po prostu wyjście do restauracji. Tu nie wchodzisz „z biegu”, nie jesz szybko i tak samo szybko nie wychodzisz. Tutaj celebruje się jedzenie i właśnie w taki sposób jest przygotowane. Każdy kęs ma być wyprawą kulinarną, ma przenosić w różne regiony świata, ma intrygować i inspirować. Nie musisz znać składników, ważne, że potrafisz docenić złożoność dania i kunszt szefa kuchni. To restauracja stworzona do tego, by przeżywać w niej ważne dla nas chwile, ponieważ podane jedzenie uwydatni ważność momentu.

Przegrzebki są ostatnio modne. Jeśli oglądacie dużo programów kulinarnych, zawsze znajdzie się tam przegrzebek. To danie wykwintne, które trzeba umieć podać. Mam podobne wrażenia do Maćka – bardziej smakował mi przegrzebek na ciepło, tutaj jednak sam sposób podania zaskakuje i sprawia że chcemy już jeść, a zarazem nie chcemy niszczyć dzieła sztuki. Przegrzebki podane były z agrestem, z emulsją ziołową, z jabłkiem antonówką posypaną brązowym cukrem. Do tego lekko chrupiąca posypka, podejrzewam, że były to karmelizowane mielone orzechy włoskie, ponieważ po zjedzeniu dania został mi lekko orzechowy posmak.

[column]DSC_0413[/column][column]DSC_0405[/column]

Następnie – kiełbasa z uda gęsi. Coś pięknego – kiełbasa, która kruszy się pod widelcem. Zapomnijcie o kiełbasach ze sklepu, które straszą składem, tu nie ma nic sztucznego. Do tego robiony na miejscu chleb z czarnuszką i marmolada z białej cebuli na miodzie z tymiankiem. Połączenie słonej, kwaśnej (od zakwasu w którym leżała) kiełbasy z kwaskowatym chlebem i bardzo słodką konfiturą było – w przeciwieństwie do tego, co może się wydawać – przepyszne. Mistrzostwo.

DSC_0422

DSC_0421

Na krem z topinamburu bardzo liczyłam. Połączenie topinamburu, mleka, oliwy, marchewki i ziemniaka truflowego to było to. Kocham kremy, kocham je w takiej postaci. Topinambur, inaczej, słonecznik bulwiasty, mimo swojej wyszukanej nazwy – uprawiany jest również w Polsce. Dostępny jest cały rok, wytrzymuje temperatury nawet do -30 stopni. Idealny jest na kremy właśnie lub puree. Smakuje ziemniaczanie, orzechowo. Ciężko jest opisać jego smak, bo nie jest podobny do niczego innego.

[column]DSC_0435[/column][column]DSC_0437[/column]

Z żabnicą miałam do czynienia pierwszy raz. Oczywiście wiedziałam, co to za ryba i jaką metodą była robiona, ale jej smak mnie zaskoczył. Bardzo mało rybny smak nieporównywalny do niczego. Mówi się że trochę jak kurczak, trochę jak królik. Nie, żabnica ma smak żabnicy – czyli lekko morski, delikatnie rybny, mięsny. Jej konsystencja, przez to, że była robiona metodą sous vide była bardzo zwarta, 37 stopni to temperatura delikatnie powyżej temperatury ścinania się białka, ale dzięki temu była tak soczysta, tak pyszna… Do tego soczewica czarna, płatki soli i kompresowane jabłko. To po prostu trzeba spróbować.

DSC_0438

Sorbet z rokitnika był dla nas wszystkich zaskoczeniem. Jego podanie – wow. Jego smak, dziwny. Taki kwaśny, cierpki i słodki ananas. Takie połączenie świeżej żurawiny i ananasa. To chyba najlepiej opisuje smak sorbetu.

Comber z jelenia to typowo zimowo-jesienne danie. Comber podany na mocno mięsnym wywarze, wszystko doprawione porządnie jałowcem, co dodatkowo tworzy zimowy nastrój. Gruszka posypana delikatnie cynamonem, chips ziemniaczany. Pycha. Niestety nie przypadło mi do gustu torfowe brownie. Idea była pewnie taka, by podać inaczej kaszę do mięsa. Brownie było robione z kaszy gryczanej niepalonej z kakao (oczywiście), ale przez to kasza była za sucha, mocno się kruszyła. Zostawiłam ją, szkoda.

[column]DSC_0452[/column][column]DSC_0456[/column]

Desery były zwieńczeniem całej kolacji. Brownie z orzechami chyba najlepsze. Mocno czekoladowe, maziste, przełamane wiśniami. Słodko-kwaśne. Uwielbiam takie połączenia. Lody tiramisu dobre. Czuć, że prawdziwe, robione na mijescu. Bardziej zastanawiała mnie ta skruszona cytryna. Tutaj strzelam, ale po tym jak smakowała, miałam wrażenie, że była kruszona w ciekłym azocie, dzięki temu aż musowała na języku. Sernik Philadelphia – nie moja bajka. Za ciężki, góra w sumie nijaka, dół fajny bo korzenny. Ale powinno być w środku coś, co dodaje mu lekkości.

DSC_0458

Po wyjściu z restauracji długo miałam myśl, że muszę tam kiedyś wrócić. Spróbować kolejnych dań – w Cucinie menu jest sezonowe, a to znaczy, że niedługo wchodzi menu zimowe. Idziemy?

Kiziu

[Kiziu]

Nie ma co gadać, Na jakieś dwie godziny znaleźliśmy się w sferze ludzi bogatych, wyszukanych, pachnących drogimi perfumami i pijących dobre alkohole. Nie zamierzam ukrywać, że to co jedliśmy w Cucinie nie jest dla mnie codziennością, ale jeżeli którekolwiek z Was chcę nam zarzucić, że się nie znamy, to pamiętajcie, że zmysły nie kłamią, a zmysł smaku w szczególności.

Zaczęliśmy od przystawki w postaci przegrzebków. Sposób podania wzbudza wielki szacunek, ale zgodzę się z moimi przedmówcami, że przegrzebki znacznie lepiej smakują na ciepło. Pomysł podania tych morskich żyjątek na zimno może jest dobry, ale chyba nie do końca trafiony. Ziołowa emulsja i antonówka to najwyższa półka, ale nie ratuje całości.

DSC_0412

Następnie: kiełbasa z uda gęsi. Takie kiełbasy można jeść codziennie i nigdy się nie znudzą. Na wielki szacunek zasługuję to, że tak kiełbasa, jak i chleb są robione na miejsca. Czuć to przy pierwszym kęsie. To trochę takie święta, które przyszły wcześniej. Wtedy mama lub babcia też pieką chleb, robia szynkę, a dziadek wędzi kiełbasę zrobioną z jakiegoś dzika.

DSC_0430

Krem z topinamburu to moje „top 10”. Smak, który ciężko do czegokolwiek porównać. Trochę ziemniaczane, bardzo kremowe i absolutnie smaczne.

Nie jestem wielkim fanem ryb. Przeczytajcie tekst z MOMO, jeżeli chcecie wiedzieć dlaczego. Żabnica w Cucinie bardzo mi smakowała. Może dlatego, że w sumie nie smakowała jak ryba. Bardzo dobre mięsko. Polecam bardzo.

DSC_0440

Następnie restauracja zaoferowała nam coś, co miało oczyścić nasze kubki smakowe przed dalszą degustacją. Sorbet z rokitnika, który był fantazyjnie podany i smakował trochę jak ananas, trochę jak papaja, tyle tylko, że wszystko było mocno kwaśne. Przyznam się bez bicia, że przez chwilę nawet pomyślałem, że kamień, na którym sorbet był podany, jest jadalny, ale zdałem sobie sprawę, że nie wszystko, co na talerzu, jest jedzeniem.

Po rokitniku przyszedł czas na prawdziwe mięso. Nigdy nie jadłem jelenia, dlatego tym bardziej ekscytowałem się szansą zjedzenia tego zwierzaka. Comber był mocno korzenny i lekko różowy w środku. W świecie, w którym je się już tylko pierś z kurczaka i mięso mielone z Biedronki, fajnie zjeść coś prawdziwego, coś co jedli nasi przodkowie. Torfowe brownie z kaszy gryczanej było ciekawe, acz bardzo neutralne w smaku. I bardzo dobrze, bo nic nie zakłóciło mi delektowania się głównym daniem.

DSC_0454

Finałem naszego pobytu w Cucinie był deser składający się z serniku Philadelphia, lodów o smaku tiramisu, i brownie z orzechami. Brownie nie wywołało u mnie jakiegoś efektu „wow”. Lody były bardzo dobre, naturalne, podane na zmrożonej skórce cytrynowej, która wbrew pozorom bardzo dobrze łączyła się ze smakiem lodów. Najlepszy z całej trójki był sernik puszysty, piekielnie słodki. Jednym zdaniem taki, który sprawi, że się uśmiechniesz.

DSC_0463

Jeżeli chcecie się oświadczyć albo po prostu dobrze zjeść udajcie się do Cuciny i wybaczcie mi bardzo lapidarną relacje, ale tak już jest, gdy do teksty dopisujesz się jako ostatni i przdmówcy powiedzieli już wszystko.

Lokalizacja: Wyspiańskiego 26a, Poznań | fanpage

Ceny:
* przegrzebek w sosie agrestowym – 46 zł
* kiełbaski z gęsi – 32 zł
* krem z topinamburu – 22 zł
* żabnica – 76 zł
* comber z jelenia – 89 zł
* sernik Philadelphia – 25 zł

Smakowitość:

przegrzebek w sosie agrestowym 77%
kiełbaski z gęsi 90%
krem z topinamburu 97%
żabnica 80%
sorbet z rokitnika 82%
comber z jelenia 85%
orzechowe brownie 72%
lody tiramisu 80%
sernik Philadelphia 80%

Współczynnik „zwycięstwa z anoreksją”: bardzo wykwintny

Wszystkie zdjęcia wykonał Szymon Kiżewski.

Prowadzisz restaurację? Zajmujesz się promocją lokalu gastronomicznego? Chcesz zaprosić redakcję Wygrywam z Anoreksją na degustację w celu rzetelnej oceny? Pisz na m.blatkiewicz@wygrywamzanoreksja.pl lub dzwoń pod nr tel. +48 530 794 235 – jesteśmy otwarci na propozycje.

  • Kacper Kwapisz

    zdecydowanie najlepsza, jedyna „prawdziwa”, pizza na dowóz w Poznaniu