III Festiwal Smaków Food Trucków

smakow

W ubiegły weekend odbyła się trzecia już odsłona Festiwalu Smaków Food Trucków, a zarazem druga, na której gościła nasza redakcja. Tym razem 29 restauracji na kółkach zjechało się do Gdańska, by pod halą Amber Expo uszczęśliwiać wszystkich fanów dobrego jedzenia. A trzeba przyznać, że mieli komu sprawiać radość, bo frekwencja okazała się nad wyraz imponująca.

Poszukiwaczy nowych, ulicznych smaków nie brakowało. Nic w tym zresztą dziwnego, gdyż sobotnie słońce rozpieszczało uczestników imprezy od samego rana do późnych godzin wieczornych. Nie można byłoby wymarzyć sobie lepszej pogody na spędzenie dnia pod chmurką. Przyjemnie grzało w plecy, muzyka odpowiednio nastrajała do pochłaniania kolejnych porcji, unoszący się w powietrzu zapach smażonej wołowiny wzmagał apetyt, a stoiska z piwem zachęcały do gaszenia pragnienia zimnym browarkiem. Skutecznie odstraszała tylko ich cena. Dziewięć polskich złotych za pół litra Książęcego to naprawdę sporo i nie ukrywam, że do całkowitego spełnienia brakowało mi tylko o kilka złotych tańszego piwa.. Poza tym nie można przyczepić się do czegokolwiek. Trzeba przecież pamiętać, że głównym bohaterem festiwalu było jedzenie, a to okazało się wyborne.

yerba (Kopiowanie)

ziomki (Kopiowanie)

ziomki4 (Kopiowanie)

tłumx (Kopiowanie)

Mając do wyboru niemal trzydzieści trucków, naprawdę ciężko było zdecydować się, od czego zacząć. Liczne, ciągnące się w nieskończoność kolejki paradoksalnie jeszcze bardziej zachęcały do próbowania danych specjałów i utrudniały wybór, a niekiedy nawet ponad godzinny czas oczekiwania dawał jasne komunikaty: tu muszą serwować coś bardzo dobrego.

Wraz z kompanem krążyliśmy po terenie festiwalu, naszą uwagę przyciągnęła żółta ciężarówka stylizowana na nowojorską taksówkę i w końcu zdecydowaliśmy złożyć zamówienie w Food Cab. Bogata oferta grillowanego panini zapowiadała nie tylko bardzo dobrą szamę, ale współgrała z  niepisanym postanowieniem pierwszego dnia: dziś nie jemy burgerów. Opcja pt. Buffalo, którą zamówiłem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie takim zwykłym „dobrym wyborem”, które często udaje nam się podejmować, o nie. To była najlepsza z możliwych opcji, bowiem smak kanapki, którą przyszło mi się zachwycać, wspominam z szerokim uśmiechem na twarzy do dziś. Żeberka rozpływały się w ustach, bardzo dobra, podsmażana cebula wyraźnie dominowała, ale bezsprzecznie nie przytłaczała, a sos miodowo-musztardowy idealnie spajał wszystkie składniki, sprawiając w dodatku, że całość balansowała na granicy słodyczy i delikatnej pikanterii. Wszystko to w doskonale chrupiącej bułce. Nie raz miałem okazję jeść panini, jednak to świetnie skomponowana ciabatta z Food Cab sprawiła, że zakochałem się w tym rodzaju kanapek na dobre. 12 zł za niebo w gębie to naprawdę dobra cena. Dodać mogę tylko, że chood_ini skusił się na opcję Waszyngton z pieczoną karkówką, czerwoną cebulą, kiszonym ogórkiem i sosem BBQ. Wprawiło go to w jeszcze większy zachwyt niż mnie.

4 (Kopiowanie)

IMG_8617

Panini było dopiero prologiem dwudniowego obżarstwa. Przeciskając się przez tłumy ludzi z zapiekankami, naleśnikami, frytkami, burgerami i innymi wspaniałościami, udaliśmy się w stronę PizzaTruck. Świadomość tego, że jest to największa ciężarówa na imprezie, która jako jedyna w Polsce może pochwalić się dwutonowym piecem opalanym drewnem, podziałała na wyobraźnię. Niespełna godzinny czas oczekiwania wcale nas nie zniechęcił. Przeciwnie, dał możliwość dalszego poszukiwania smaków. Z racji tego, że w kolejcie do żołądka stała już pizza, potrzebne było coś lżejszego. Wybór był oczywisty – Belgijki, czyli frytki, po które od rana do wieczora ustawiały się najdłuższe sznury ludzi. Frekwencja przy wozie organizatorów była bezapelacynie najwyższa i trudno być tym zaskoczonym. Prostota frytek w połączeniu z niebanalnym zestawieniem sosów i bardzo przystępną ceną (6 zł za małe, 10 zł za duże + 1 zł za sosy) okazała się kluczem do sukcesu. Środek grubokrojonych, chrupiących z zewnątrz ziemniaczków był mięciutki i rozpływający się w ustach, a sosy odwalały kawał naprawdę dobrej roboty. Klasyczny majonez belgijski okazał się dobry, ale to słodkie curry na bazie dżemu brzoskwiniowego i ketchupu zdobyło moje serce. Trzy razy tak. Rewelacja.

kolejka belgijki

fryty (Kopiowanie)

Przyszedł czas na długo oczekiwaną pizzę, w menu podpisaną jako parmeńska. W cenie 22 zł otrzymaliśmy wyłożony mozzarellą, szynką parmeńską, rukolą, parmezanem i sosem pomidorowym placek na cienkim cieście. PizzaTruck zapewnia, że ich ciasto powstaje na bazie niebanalnej receptury: parzenia mąki na pszennym zakwasie, nie wykorzystując przy tym ani grama drożdży. Nie mam pojęcia jak, ale wiem, że działa kozacko. Ciasto było bez wątpienia najlepszym elementem całości. Cienkie – nawet po bokach – a zarazem bardzo chrupiące. Trochę gorzej prezentował się farsz. Nie jestem pewien, czy główny składnik kompozycji, czyli szynka parmeńska, stał przy prawdziwym prosciutto di Parma, niemniej prezentował się całkiem przyzwoicie, przynajmniej na początku. Na pierwszym planie przez cały czas utrzymywała się jej wyraźna słoność, której nie łagodziła nawet bogato wyłożona rukola. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie zaczynało czegoś wyraźnie brakować. Sera. Tylko menu dawało jasne znaki, że jem również mozzarellę, parmezanu było natomiast tyle, ile kot napłakał. Na szczęście, sos pomidorowy był bardzo dobry i łagodził trochę tęsknotę za serami.

pizza (Kopiowanie)

pizza2 (Kopiowanie)

W międzyczasie uczestnicy festiwalu korzystali z atrakcji. Wystawa samochodów pozwalała rozmarzyć się o wyprawie po USA, oczywiście w rytmie rocka i w klasycznym Camaro lub Impali, zielona trawka skutecznie zachęciła ludzi do wygrzewaniu się na słońcu, a turnieje w piłkarzyki dawały możliwość wygrania darmowych kuponów do wybranych food trucków. Najwięcej emocji wzbudził jednak mecz Lechii Gdańsk z Legią Warszawa, który odbywał się w pobliskiej PGE Arenie. Nie sam przebieg spotkania przykuł jednak uwagę ludzi znajdujących się na terenie festiwalu, a to, co działo się tuż po nim. Marsz kibiców z Warszawy, otaczające ich oddziały policji i niebezpieczne awantury zaledwie kilkadziesiąt metrów od food tracków znacząco podwyższały adrenalinę. Na szczęście, żaden burger nie wylądował na ziemi, a pole pełne ciężarówek z jedzeniem okazało się bezpieczne. Nie zmienia to faktu, że zdarzenia te mogą służyć za ostrzeżenie. Organizowanie imprez masowych nieopodal stadionu, na którym właśnie grają zwaśnione drużyny, może być ryzykowne. Jeden błąd policji i sporo osób mogłoby ucierpieć.

fura (Kopiowanie)

fura2 (Kopiowanie)

pol (Kopiowanie)

Na III Festiwal Smaków Food Tracków nie przyjechaliśmy jednak z pobudek sportowych. Żołądek domagał się jeszcze czegoś dobrego i… nietypowego. Postanowiłem więc zaufać obsłudze MeSoGood, zamawiąjąc ich kurczaka w miso. Ramen wyglądał bardzo smakowicie, makaron był godny polecenia, świeże warzywa i kurczak zdały egzamin, aczkolwiek wywar nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia. Był po prostu nijaki, a na domiar złego niezbyt ciepły. Sprawę ratowało jednak chilli, a ekipa z ciężarówki okazała się na tyle sympatyczna, że dla ich sushi zarezerwowałem sobie miejsce w brzuchu na dzień kolejny.

meso (Kopiowanie)

meso2 (Kopiowanie)

szymekmiso (Kopiowanie)

Niedziela okazała się dużo zimniejszym dniem, bo choć słońce chwilami dawało o sobie znać, wiatr konsekwentnie próbował odstraszyć wszystkich zgromadzonych w Gdańsku żarłoków. Na próżno, bo drugiego dnia pod halą Amber Expo zgromadziły się równie imponujące tłumy, które ponownie nie dawały kucharzom wytchnienia. Chyba, że mówimy o ciężarówach z jedzeniem wegańskim. Pod nimi kolejek nie uświadczono. Szczęśliwie jesteśmy blogiem o niezdrowym żarciu, a naszym konikiem są burgery. Dlatego w niedzielę musiałem kilku spróbować.

Pierwszy wybór: Surf Burger. Dużo o nim słyszałem, jeszcze więcej czytałem, a właściwie nigdy nie spróbowałem zamówić czegoś z ich menu. Musiałem zmierzyć się z trójmiejską legendą i nie pożałowałem. Co więcej, na pewno tam wrócę. Ogromna kolejka, multum zamówień przede mną, ale opłacało się. Skusiłem się na Karmel, czyli klasycznego burgera z dodatkiem norweskiego koziego sera. Za 19 zł nie tylko konkretnie można napełnić pusty żołądek, ale przede wszystkim nacieszyć się smakiem. Bułka wypieczona wzorowo, smaczne mięso wysokiej jakości, ogórek, cebula i pomidor bez żadnych zastrzeżeń i nawet paczkowana sałata wpasowała się w to wszystko całkiem nieźle (ze świeżą byłoby jeszcze lepiej). Kozi ser razem z cheddarem nadawały całości bardzo przyjemnego, słonego charakteru, a sosy ponownie okazały się wisienką na torcie. Połączenie wyraźnie dominującego BBQ z nieśmiało wychylającą się nutką sosu limonkowego pięknie spajały całą kompozycję.

surf (Kopiowanie)

 

IMG_8811

Nieopodal znajdowało się miejsce MeSoGood, do którego postanowiłem powrócić. Poprzedniego dnia zaciekawiły mnie ich rożki-sushi. Temaki z łososiem zdało egzamin nie tylko jako poręczna, ale i smaczna przekąska. Nic dodać, nic ująć.

tamaki (Kopiowanie)

No i kolejny burger. Tym razem prosto ze Slow Burgera, który zachęcał zdrowym mięsem pozyskiwanym z lokalnej hodowli krów rasy Wagyu. Muszę przyznać, że właściciele trucka nie rzucają słów na wiatr i „slow” w ich przypadku sprawdza się w stu procentach. Na burgera musiałem czekać zdecydowanie dłużej niż w Surf Burgerze, w dodatku przy kilkukrotnie mniejszym ruchu, aczkolwiek wynikało to po prostu z wielkości auta. W każdym razie nie można mieć im tego za złe, bo Paris – Cheese, który wylądował w moich rękach po dłuższym czasie, sprostał oczekiwaniom. Nie zachwycił tak, jak Karmel, ale miks serów camebert, edamskiego i gorgonzoli pięknie górował smakiem nad świeżymi warzywami i obtapiał naprawdę dobrego kotleta. Co mnie jednak uderzyło, zarówno w Surf Burgerze, jaki Slow Burgerze obsługa nie pytała o stopień wysmażenia wołowiny. Widząc jednak ogromny ruch przy truckach, trzeba myśleć rozsądnie. Rozumiem, wybaczam, było pysznie.

slow2 (Kopiowanie)

slow (Kopiowanie)

Drugiego dnia odwiedziłem zaledwie trzy wozy. W dużej mierze wpłynął na to męczący, zimny wiatr, aczkolwiek przechadzające się po terenie festiwalu tłumy ludzi były tak wygłodniałe, że niektóre z trucków wyprzedawały cały swój asortyment już w połowie dnia, przez co wybór kurczył się z godziny na godzinę. Nie ukrywam smutku wynikającego z tego, że nie byłem w stanie zjeść we wszystkich miejscach, że żołądek nie dał mi tej możliwości, że impreza musiała się skończyć tak szybko. Oznacza to jednak tylko tyle, że festiwal udał się doskonale, a na kolejnej odsłonie pojawię się obowiązkowo. I Ty zresztą też, bo przecież właśnie Cię do tego przekonałem.

Kliknij, zapisz się do newslettera i bądź na bieżąco. W każdą niedzielę będziesz otrzymywać krótkiego, czytelnego maila z podsumowaniem mijającego i zapowiedzią następnego tygodnia. Dzięki temu już nigdy nie przegapisz nowości na blogu.

  • Aleksander Rydzewski

    Macie kilka bledow w tekscie np turcki 😛 poza tym szkoda ze nie sprobowaliscie owocow w czekoladzie bo mimo ze dosc drogie to byly mega dobre 🙂 poza tym pizza byla genialna a w slow burgerze za szybko skonczylo sie mieso 🙁 w surfie nigdy nie pytaja o wysmazenie bo duzo ludzi sie nie zna ale jak powiecie to zrobia wam jak chcecie :p

    • Dzięki za wskazanie błędu, poprawiamy. 🙂

      A owoce w czekoladzie może następnym razem. My to jednak mięso. 😉

      • Aleksander Rydzewski

        To jako że jeszcze nie zauważyliście wszystkich – Amer Expo 😛

  • Agata Leszczyńska

    Byłam, jadłam. Warto było. Wybrałam się ze znajomymi większą grupą, bo aż w sześć osób, więc podjadając od siebie wzajemnie mogliśmy się nacieszyć większą ilością różnych smaków.

    W pełni zgadzam się z opinią o parmeńskiej z PizzaTrucka. Szynka taka sobie, sera trochę mało, za to ciasto było idealne. Wredna rukola koniecznie chciała fruwać na wierrze. Słoność całej kompozycji wnika z bogatego oprószenia jej grubo mieloną solą morską. 🙂

    Zaliczyłam również La Budę, która nie doczekała się tu recenzji. Zdęcie hambuksa wrzuciłam na stronę organizatora festiwalu. Muszę przyznać, że dałam się namówić na wizytę na festiwalu wychodząc z założenia, że uda mi się podpatrzeć jakieś niebanalne kompozycje smakowe. Ostra Jolka z La Budy to było to! Z pewną dozą nieufności podchodziłam do klasycznego „chisa” dopakowanego -uwaga!- nachosami i pikantnym sosem…truskawkowym. Kompozycja okazała sie być jednak wyjątkowo udana. Świeża bułka, czerwona cebula i reszta klasycznej zieleniny dobrze komponowały się z doprawionym, nie przesuszonym mięskiem, nachosy chrupały, jak powinny, a pachnący, owocowy sos spiął całość pyszną klamrą. Jego pikanteria była raczej oparta na pieprzu niż dużej ilości octu i papryki, co pozytywnie wyróżnia go na tle wielu ostrych miksów. Za ostrość hamburgera odpowiadały jednak głównie papryczki jalapeño – klasyczny już składnik ognistych kompozycji. Jako człowiek o języku hartowanym w ogniach Orodruiny dodam, że nawet coś poczułam. Znaczy się – było bardzo przyzwoicie.

    Na deser postanowiłam wrzucić cos słodkiego. Padło na naleśniki. 40 minut czekania po zapłaceniu za porcję nie dłużyło mi się specjalnie. Miałam okazję popatrzeć, jak powstają inne zamówienia. Ekipa z naleśnikarni na kółkach uwijała się jak mogła, a kolejne wersje, dania, słodkie i bardziej wytrawne co chwila były wydawane oczekującym klientom. Mogłoby się wydawać, że 8-12 złotych za jeden naleśnik to trochę sporo, ale jeśli weźmie się pod uwagę jego wielkość i stopień wypakowania składnikami, to cena przestaje być zaporowa. Wielkie placki naładowane były farszem po same falbaniaste brzeżki, tak, że nawet największy głodomory nie mogły narzekać, zwłaszcza jeśli wybrało się wersję bardziej wytrawną.
    Swoją porcję pochłonęła. W mgnieniu oka. Klasyczny połączenie nutelli z bananami nie może być złe, a kucharze nie poskąpili składników. Pochwalić należy sam placek. Ekipie z foodtrucka udało sie zachować równowagę między grubością i konsystencją placka. Cieniutki, ale nie rwał się niczym stare firanki, w dodatku pozostał puszysty, nawet gdy już lekko ostygł. Zastanawiam się, czy to kwestia składu ciasta czy sposobu smażenia, niemniej jednak szacun za taką wprawę. Mam motywację do poszukiwania przepisu na idealne ciacho naleśnikowe.

    Kilku innych dań udało mi się spróbować dzięki znajomym, którzy pozwolili się poczęstować swoimi smakołykami. Spróbuję również ich zachęcić do podzielenia się opinią 😉

    I już bez przesadyzmu z tymi kibicami. Byłam tam w okolicy końca meczu i nie zauważyłam problemów. Owszem, zdarzały się większe grupy fanów obu drużyn maszerujące chodnikami i pokrzykujące swoje hasła, owszem trochę ludzi pojawiło się i na terenie festiwalu, ale w żadnym momencie nie poczułam się zagrożona. Przeciwnie, kiedy panowie w charakterystycznych zielono-białych koszulkach „zrobili porządek” przy stoliku, nie mogłam się nie śmiać.

    Moim zdaniem impreza była udana i jeśli tylko czas i stan finansów pozwoli, chętnie wybiorę się na kolejne edycje festiwalu, aby spróbować jeszcze innych ciekawostek. Tymczasem instaluję sobie właśnie aplikacje mobilne, pozwalające śledzić foodtrucki i już niedługo będę szukać swoich faworytów w mieście.

    • Wow, dzięki za tak obszerny komentarz. Aż miło się czyta!

    • Szymon Groenke

      Hej, co do kibiców, miałem na myśli marsz „Legionistów”, którzy w pewnych momentach za wszelką cenę próbowali dostać się na teren Amber EXPO i wątpię, że chodziło im o jedzenie. Byłem przy tym akurat w momencie, kiedy próbowali przeskakiwać przez barierki i gdyby nie interwencja oddziałów policji, mogłoby zrobić się bardzo gorąco. Chodziło też o potyczki samych kibiców z policją – tarcze, pałki i te sprawy. Ze strony kibiców drużyny z Gdańska też nie uświadczyłem nieprzyjemności – chodź pytań w stylu: – „nie jesteś czasem z Warszawy?” nie zabrakło 🙂